foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Kolporterskie drogi „Odwetu”

Wtedy w 1940 roku, po upadku Francji, niemieckie siły wojskowe zostały przerzucone do Polski, dla prasy podziemnej nastały najcięższe czasy, gdyż w każdej z miejscowości można było spotkać się z wrogiem. Zimą 1940 roku właśnie dostałem polecenie przewiezienia „Odwetu” z Łoniowa do oddalonej o 6 km Koprzywnicy. Uznałem narty za najstosowniejszy środek transportu po terenie. Choć jazda na nich też groziła śmiercią, wydawało się to mniej niebezpieczne niż jazda drogami. Znając dobrze teren i omijając zagrożone miejsca, sobie znanymi ścieżkami dotarłem do Łoniowa. Tam otrzymałem 30 egzemplarzy „Odwetu”, które włożyłem pod sweter i ruszyłem w drogę powrotną. Nie stosując niezbędnej ostrożności i wierząc w swoje szczęście przejeżdżam przez wieś Skrzypaczowice, w której Niemcy mieli swoje składy broni i amunicji. Jak trzeba przejeżdżam przez mostek przerzucony przez strumyk, aby dostać się do jaru i pobliskiego lasu. Już jednak przed wjazdem do jaru zostaję zatrzymany wołaniem „Halt!”. Przez moment myślę, że to już mój koniec. Wtem nagle słyszę z tyłu „dzień dobry panie Walku!”. Odwracam głowę i poznaję ekonoma – pana Marca, który był stałym czytelnikiem „Odwetu”, na łamach którego można było przeczytać wiadomości tak potrzebne dla pokrzepienia ducha. Przez to, że znał język niemiecki udzielił mi pomocy jak się zaraz okazało. Za nim stał bowiem Niemiec, który kiwnął na niego. Wtedy jednak pomyślałem, że tym razem wpadliśmy obydwaj. Niemiec podszedł do nas, a że przebywał już w tej wiosce parę miesięcy to znał pana Marca z widzenia. Niemiec wypytywał go, czy mnie zna. Wiedząc, że w piątki odbywają się jarmarki zaproponował za pośrednictwem pana Marca, kupno ode mnie bucików dla 5-cio letniego dziecka, gdyż niebawem wybiera się na urlop do domu. Ponieważ byłem szewcem otrzymał moje zapewnienie ich otrzymania. W ten to szczęśliwy sposób udało mi się wyrwać z grożącego niebezpieczeństwa.
 
Kontynuując swoją konspiracyjną pracę jeszcze tej samej zimy „wpadłem” w opresje. Po rozwiezieniu prasy, wracałem wieczorem do domu. Była już godzina policyjna i zostałem zatrzymany przez niemieckiego żołnierza. Żołnierz ten jak się okazało znał mnie i dzięki temu, że był Ślązakiem, pozwolił mi iść dalej. Nadszedł jednak oficer, który znany był z tego, że za niezdejmowanie czapki, policzkował po twarzy i kopniakami wyrzucał na ulicę. Nie chcąc się do tego stosować niektórzy chodzili z ogolonymi głowami pomimo siarczystych mrozów. Oficer kazał prowadzić mnie na wartownię. Przy sobie, schowany w futrze miałem niestety jeden nierozdany numer „Odwetu”. Po wejściu do wartowni zbadano moje personalia i kazano mi iść do domu. 
 
W tym czasie jednak znów pojawił się ten oficer i nakazał wsadzić mnie do karceru. Pomyślałem znów, że to już mój koniec. Niemcy byli jednak czasem naiwni. Wpuścili mnie bowiem do środka karceru, w którym stał rozpalony piecyk. Kiedy tylko zamknęły się za mną drzwi, natychmiast wyjąłem „trefny” materiał i wrzuciłem go w ogień. Będąc jeszcze chwilę temu całkiem przerażonym, znów poczułem, że stoję twardo na nogach. Niemcy nie znajdując przy mnie niczego podejrzanego mogli mnie co najwyżej wysłać na roboty do Niemiec. Na pryczy w karcerze przesiedziałem do szóstej rano. Wówczas kiedy mnie wyprowadzano liczyłem, że może jednak wypuszczą mnie wolno do domu. I tak niemal się stało. Już bowiem po wyjściu na ulicę spotkałem trzech granatowych policjantów z bronią gotową do strzału. Komendant posterunku – Jura, który był wśród nich, zapytał mnie co zbroiłem, że Niemcy kazali mu mnie tak pilnować. Odpowiedziałem, że nic, lecz mimo to zostałem doprowadzony do posterunku policji. Tam strzegli mnie jak oka w głowie do godziny dziewiątej, o której otrzymali telefon z Sandomierza, że mam wpłacić 10zł grzywny. Wówczas przy sobie miałem jedyne 20 groszy i bezczelnie poprosiłem komendanta Jurę, aby mi resztę pożyczył. Przystał na to, a ja wolny wróciłem do domu. 
 
Opisałem tylko mały fragment wydarzeń, aby uświadomić z jakim ryzykiem kolportowano prasę. Wielu bowiem młodych Polaków z odwagą i ofiarnością zginęło nie doczekując się tak drogiej i upragnionej wolności
 
Opisując tylko fragmentami walkę z okupantem proszę czytelnika o przebaczenie, gdyż w warunkach, w których aktualnie jestem, nie mam możliwości skorygowania tego w jaki sposób piszę. 
 
podpisał
Walenty Ponikowski „Walek”
członek ekipy „Jędrusia” i „Odwetu”

Przetłumacz Witrynę

Polish English French German Hungarian Latvian Lithuanian Russian Ukrainian

Użytkownik

Patronat

Biuletyn "ODWET" nr 22-23

Nowości Filmowe

stat4u