foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Praca wywiadu Obwodu AK Sandomierz

Leon Torliński - Kierownik wywywiadu Obwodu AK Sandomierz VII 1942 do VIII 1943 r. kier. wyw. Inspektoratu Okręgowego od VII 1943 do 27 VII 1944 „Akcja Burza” – lipiec 1944 r. listopad 1944 – oficer operacyjny 2 Dyw. Piech. Legionów AK
 
O tyle było to trudne, iż w środowisko miał mnie wprowadzić człowiek, jak się okazało, zupełnie nieodpowiedzialny. Dopiero po kilku tygodniach dotarłem do podoficera – kierownika wywiadu wojskowego. Sieć tego wywiadu nie została naruszona, nie wymagała więc odnowy. Gorzej było z kontrwywiadem, ten prawie nie istniał. W dojściu do właściwych ludzi pomocne okazały się Panie: Makowska, Grzybowska i Majewska, znane wszystkim z prowadzenia tajnych kompletów. Dzięki Nim mogłem również dotrzeć do mło­dzieży. Siatkę wywiadu uzupełniłem grupami dziewcząt i chłopców. Dziewczęta zostały kurierkami, łączniczkami, chłopcy zaś uzupełnili siatkę wywiadu wojskowego, otaczając „opieką” wszystkie transporty przechodzące przez most kolejowy na wschód i powracające z frontu wschodniego. W owym czasie dysponowaliśmy kompletem informacji o transportach wojskowych, które przejeżdżały przez stację w Sandomierzu. Wszyscy dyżurni ruchu byli w służbie AK; polski zawiadowca był zaprzysiężonym członkiem tej organizacji, co pozwalało mieć wgląd w dokumenty kolejowe informujące o poszczególnych transportach. Informatorzy przeszli szczegółowe przeszkolenie: przekazywali mi sposób oznaczania transportów, co po odszyfrowaniu oznaczało, np. '360 Dina-Tru', tj. 360 Kompania Zaopatrzeniowa. Wywiad, o którym mówię, pracował na rzecz naszej Komendy Głównej, aliantów, a także na rzecz frontu wschodniego. Pracę naszą ceniono wysoko. Alianci byli na bieżąco informowani o ważniejszych ruchach Niemców, o podejmowanej na terenie Reichu produkcji. Te wiadomości były podstawą do przep­rowadzania niszczących bombardowań. Wywiad więc funkcjonował. Kontrwywiad zaś należało odbudować. Sięgnąłem więc do ludzi miejscowych, osób cywilnych, policji. Zgodnie z sugestią Komendanta Obwodu AK przeniknąłem do koszar wojskowych, do żandarmerii, do gestapo, dzięki Niemcom, którzy zachowali wrogość do ustroju.
 
Działalność taka pozwoliła nam uwolnić wielu aresztowanych przez gestapo naszych ludzi. Pewnego razu mój informator z gestapo powiedział, że Niemcy mają jakąś ważną listę, a że on nie znał niemieckiego, należało znaleźć kogoś, kto znając niemiecki, mógłby pozyskać ów dokument od zwerbowanego gestapowca. Natychmiast się zdecydowałem. Po uzgodnieniu miejsca i terminu spotkałem się z Niemcem w restauracji. Wówczas on pokazał mi tę listę, na której widniały nazwiska 72 mieszkańców Sandomierza, głównie lekarzy, adwokatów. Dokument był podpisany – Narcyz Płonczyński. Osiągnąłem swój cel. Ów Płonczyński dawno budził nasze podejrzenia, ale nie przypuszczaliśmy, że to takie groźne. Decyzja mogła być tylko jedna. Zwołałem sekcję egzekucyjną, by jak najszybciej wykonać wyrok na kolaborancie. (Właściwie wyrok wydano wcześniej, ale ze względu na przewidywane represje, odsuwaliśmy go w czasie). A teraz nie było co zwlekać, skontaktowałem się z kierowniczką dziewczęcej sekcji informacyjnej i poleciłem jej, by od rana wzięły pod obserwację dom Płonczyńskiego, bo przecież mógł on wyjść do miasta. I tak rzeczywiście było. Dziewczęta asystowały mu w spacerze, przekazując go sobie kolejno. Trwało to około 1 godziny, po czym „pil­nowany” powrócił do domu. W pobliskim sklepiku warzywnym czekała sekcja egzekucyjna. Na hasło „ryba w sieci” moi żołnierze z sekcji założyli pasy z bronią, okryli je płaszczami i skierowali się do domu Płonczyńskiego. I w tym czasie pod ten dom, który znajdował się niemal u stóp Bramy Opatowskiej, podjechało auto gestapo i dwaj Niemcy weszli do mieszkania Płonczyńskiego, ten wpuścił ich do środka, ale nie zaryglował drzwi. W ślad za gestapowcami weszli wykonawcy wyroku. Rozdzielili się, mieszkanie to bowiem było dość rozległe i chcieli je szybko spenetrować. Jeden z nich wszedł do pokoju i zastał Płonczyńskiego, gdy ten wyjmował z szafki butelkę alkoholu. Jak później nasz żołnierz opowiadał, natychmiast wykonał wyrok. Płonczyński osunął się na podłogę. Mój żołnierz wbiegł do następnego pokoju. Był tam gestapowiec, który usłyszawszy strzał, przygotował broń i wymierzył we wchodzącego. Ale Polak uprzedził go, strzelił pierwszy. Niemiec upadł blisko tapczanu; jak się później okazało, pod tapczanem ukryła się żona Płonczyńskiego, której bezskutecznie szukano, bo i na nią podziemie wydało wyrok. Drugi gestapowiec nie próbował strzelać, więc go zostawiono przy życiu, zakazano mu jedynie opuszczać dom w ciągu 15 minut. Niemcy po zamachu natychmiast zareagowali. Mój informator był następnego dnia w Ostrowcu w chwili, gdy tam dotarła wiadomość o sandomierskich zdarzeniach. Gestapowiec, który ujawnił nazwisko zdrajcy, w obawie o własną skórę próbował mnie później zaszantażować. Ale przewidując to, szybko zapanowałem nad sytuacją. W czasie następnego spotkania uzgodniliśmy zasady dalszej współpracy. Przyjął moje wyjaśnienie co do śmierci jego kolegi w Sandomierzu: gdyby nie sięgnął po broń, przeżyłby. Omawiając tryb postępowania w sprawie aresztowanych Niemiec ujawnił, iż istnieje możliwość ich uwolnienia. Po prostu nie mogą się do niczego przyznawać, no i oczywiście nie mogą posiadać przy sobie żadnych materiałów, które byłyby dowodami rzeczowymi. W takiej sytuacji gestapo może sprawę umorzyć, aresztowanego zaś zwolnić. Ale rzadko się to zdarzało. „Mój” gestapowiec powiedział również, że wolność mych kolegów ma swoją cenę i podał przykład oficera gestapo z Ostrowca (Thomsa), który za uwolnienie Polaka (któremu niczego nie udowodniono) żądał 20 dolarów w złocie. A właśnie zależało mi na uwolnieniu kilku ludzi, tu w Sandomierzu aresztowanych niedawno przez gestapo. Nasz „współpracownik” również był opłacany. Możliwe więc było uwolnienie więźniów. Ze sprawą tą wiąże się jednak pewna tajemnica. Otóż ten, który odebrał ode mnie informacje co do sposobu zachowania się w czasie przesłuchań, nie wyszedł na wolność. Stefan Żarski, bo o Nim mówię, przekazał hasło kolegom, ale sam z niego nie skorzystał. I do dziś nie wiem dlaczego. Czyżby przy nim coś znaleziono? Niemożliwe jest, aby się do czegoś przyznał. To był surowy i twardy człowiek. Rozstrzelano Go razem z dużą grupą ludzi w ruinach zamku w Ujeździe. Jego prochy spoczywają w kwaterze AK na Cmentarzu Katedralnym w Sandomierzu. Gestapowiec, o którym mówię, był dla nas bardzo cennym źródłem informacji, toteż kiedy dostał rozkaz opuszczenia terenu Sandomiersko-Opatowskiego, (podejrzany o sprzyjanie Polakom), zdecydowaliśmy się wykonać wyrok na jego przełożonym Obherleutnancie Schultzu. Wyrok wykonali żołnierze z oddziału „Ponurego”. W czasie odwrotu jeden z nich zginął. Chciałbym przywołać jeszcze jedno zdarzenie sandomierskie. Otóż mieliśmy wykonać wyrok na kolejnym szpiclu, szczególnie niebezpiecznym. Nazywał się Gaszyński. Został zabity na stadionie. W czasie okupacji za zgodą Niemców istniały drużyny piłki nożnej i co pewien czas odbywały się rozgrywki między drużynami z Sandomierza, Stalowej Woli czy Nowej Dęby. Początkowo plano­waliśmy wykonanie wyroku na Gaszyńskim na ulicy Puławiaków lub Listopadowej. Gaszyński pracował w „Rolniku”. Okazało się, że jest pod ciągłą opieką żołnierzy niemieckich, co znacznie utrudniało wykonanie zadania. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się, że zastrzelimy go na stadionie w czasie najbliższego meczu. Żołnierze AK weszli na stadion razem z widzami. W czasie przerwy widzowie zgodnie z ówczesnym zwyczajem zeszli na płytę stadionu do graczy. W ogól­nym zamieszaniu wyrok na Gaszyńskim wykonano. Wybuchła panika, ludzie w popłochu opuszczali stadion. Obecni byli tam również żołnierze niemieccy (około 200). Jeden z nich oddał do uciekających egzekutorów dwa strzały. Zdarzenie, o którym opowia­dam, wywołało w społeczności miasta duże wrażenie. Przede wszyst­kim nie dowierzano, że partyzanci zabili szpicla. Bo jakże, tak sympatyczny pan Zygmuś mógł być na usługach Niemców! Przecież on tak bardzo pomagał w zakupie opału czy innych trudno dostęp­nych dóbr. Toteż oceniono wyrok na Gaszyńskim jako przejaw walki z czarnym rynkiem. I zaczęli się do nas zgłaszać ludzie (handlarze), którzy w obawie o swoje życie chcieli zapłacić okup lub opodatkować się. W ten sposób doprowadziliśmy zupełnie przypadkowo do ujawnienia czarnego rynku w Sandomierzu. Epizody, o których opowiadam, były w owym czasie niezwykle ważnymi zadaniami, likwidacja każdego szpicla oznaczała uratowanie życia wielu Polakom. Praca kontrwywiadu objęła również swym zasięgiem niemieckie wojsko. Była to sfera nadzwyczaj ważna. Dzięki przeniknięciu do jednostki wojskowej można było opracować plany naszej przyszłej walki na wypadek powstania czy zbliżającego się frontu. Dzięki współpracownikom - żołnierzom niemieckim, mogliśmy opracować dokładnie plany koszar, łącznie z rozlokowaniem w nich żołnierzy, ze wskazaniem miejsca magazynu broni, służb, wartowni. W przypadku ataku na koszary (gdyby sytuacja na froncie tego wymagała) każdy z nas miałby doskonałe rozeznanie terenu i poszczególnych obiektów. A przeniknęliśmy do jednostki wojskowej w sposób banalny, po prostu dzięki drobnemu handlowi: sprzedaż pary butów, kompletu bielizny. Pewnego razu otrzymałem rozkaz, by za wszelką cenę zdobyć nowe tablice strzelnicze, którymi Niemcy dysponują, a które uwzględniają dodatkowe ładunki potrzebne do nośności broni. I tu wykorzystałem swoje „handlowe” kontakty, dzięki którym bliżej poznałem pewnego podoficera. Za przysługę zażądał 5 tysięcy złotych. (Była to astronomiczna suma, ale otrzymałem ją z Okręgu). Wciągu trzech tygodni dostarczył mi ową tabelę. Po prostu ukradł ją innemu oficerowi, na którym chciał się zemścić. Ale oto pewnego razu skontaktował się ze mną młody żołnierz niemiecki.
 
Otóż on wielokrotnie próbował uciec do Szwajcarii, ale za każdym razem został schwytany i wreszcie pod koniec wojny znalazł się w batalionie saperów w Sandomierzu. Miał tu już kontakty z Polakami. Często bywał u Tadeusza Pfeiffera. Deklarował się jako nieprzejednany wróg hitleryzmu. Był to inteligentny chłopak. Znał język francuski, uczył się angielskiego. Dzięki niemu nawiązałem kontakt jeszcze z dwoma żołnierzami: jeden był Ślązakiem z Gliwic, mocno zgermanizowanym, choć słabo, ale mówił jeszcze po polsku. Drugi był Alzatczykiem, mówił po francusku i niemiecku. Ja z nimi porozumie­wałem się po niemiecku. Powiedziałem im, że gdy front się zbliży, my zapewnimy im bezpieczeństwo, ale oczekujemy, że przejdą na naszą stronę z bronią. Oznajmili, że przygotują broń i amunicję i w czasie nalotu samolotów radzieckich, gdy w koszarach wybuchnie panika, będzie można wszystko wynieść poza obręb jednostki. I tak też było. W czasie najbliższego nalotu Niemcy wynieśli po dwa karabiny maszynowe i skrzynki z amunicją. Wykorzystali ogólne zamieszanie i zdezerterowali. Nasi wywieźli ich aż za Klimontów. Tam włączono ich do oddziału „Jędrusiów”, gdzie byli dwaj Alzatczycy, którzy wcześ­niej opuścili armię niemiecką. I w ten sposób w jednym polskim oddziale znalazło się pięciu żołnierzy niemieckich. Później Alzatczycy via Odessa powrócili do Francji. Natomiast ten wielokrotny uciekinier Manfred w chwili wkroczenia wojsk radzieckich zachorował. Mieszkał u Polaków, którzy traktowali go bardzo życzliwie. Nauczył się naszego języka. Przed kilkoma dniami otrzymałem list z Kanady, od mego przyjaciela, prof. dr Zbigniewa Kabaty, autora wiersza „Armio Krajowa tyś naszą dumą”. Otóż pisze on, iż otrzymał niedawno wieści od Pani Barbary Wachowicz, która będąc w Sandomierzu, rozmawiając z Tadeuszem Pfeifferem, zasięgnęła informacji o naszym uciekinierze Manfredzie. Ponadto pisze prof. Kabata o wzruszającej korespondencji z Tarnobrzega, którą wstępem i epilogiem opatrzyła Pani Barbara Wachowicz. W liście zbiorowym tarnobrzeżanie wyrażają wdzięczność autorowi wspomnianego wcześniej wiersza za to, że Jego utwory były dla nich, byłych żołnierzy AK przez wiele lat jedyną podporą ducha. Ale profesor mówi jeszcze o sprawie Manfreda, który niedawno skontaktował się z Tadeuszem Pfeifferem ps. Graca. On to właśnie umożliwił ucieczkę Manfredowi i jego dwu kolegom, Najpełniej o losach młodego Niemca mówi jego koresponden­ta, którą profesor załączył. Jeżeli państwo pozwolą, zacytuję: „Oktober 1944. Na melinie u państwa Mateckich. Sehr krank (Bardzo chory). Czerwonka i świerzb. Bardzo ciężki i niebezpieczny czas. Byłem bardzo dobrze zaopatrywany i miałem bardzo dobrą opiekę lekarską. Oczywiście jak front przyszedł, wszyscy mi doradzali, aby nie przyznawać się Rosjanom, że jestem Niemcem. Należy mówić, że jestem Anglikiem”. Tak i zrobił. Dołączył do misji angielskiej, która była w rejonie Częstochowy i z tą misją przez Mielec, Lwów, Kijów odjechał do Moskwy. Tam ambasada angielska nie potwierdziła jego obywatelstwa. Przekazano go NKWD i skazano na 12 lat obozu za szpiegostwo. Człowiek ten „zwiedził” około 12 obozów, w tym m.in. Irkuck. 40° C mrozu, prymitywne jedzenie, ciężka praca w sowchozie. I dalej profesor pisze: „w końcu Manfred nie mógł sobie znaleźć miejsca (po amnestii Malenkowa wrócił do Niemiec, do Berlina Wschodniego). Studiował prawo, potem ewangelicką teologię, slawistykę, którą ostatecznie skończył jako wolny słuchacz bez dyplomu. Od czasu do czasu musiał się leczyć z powodu klinicznej depresji. Dwa razy żenił się i dwa razy rozwodził z tą samą kobietą. Miał troje dzieci. Potem został trampem i włóczył się po Skandynawii aż dotarł do Islandii, gdzie znowu dopadła go depresja. Pracował jako tłumacz z rosyjskiego w urzędzie w Berlinie. Wyjechał na Węgry, gdzie mieszkał jego kolega z łagru. Teraz nie wie co z sobą robić. Jest zupełnie wykolejony. Ten człowiek ma wyrzuty sumienia. Nie może się pogodzić z faktem, że jest uważany za zdrajcę. Swoimi wątpliwościami dzielił się z Tadeuszem Pfeifferem. Mówił: „Przecież ja nie walczyłem z narodem niemieckim, ja tylko z ustrojem, z socjalizmem w niemieckim wydaniu z hitleryzmem”. To też ofiara wojny. Pamięć ocala wydarzenia, ocala jednak przede wszystkim ludzi, którzy nigdy nie zawiedli, którzy całym sercem oddani sprawie Polski, służyli Jej.
 
Moja pamięć przechowuje imiona i nazwiska niezawodnych współpracowników, których poświęcenie uratowało życie wielu rodakom: – Anna Gąsiorowska – pracownik poczty; – Smuła – polski kierownik więzienia, oddany AK bez reszty; – Anna Jankowska – sekretarka sądu, która organizowała kontakty ze Smułą; – Chmiel – strażnik więzienia; – Tadeusz Pfeiffer – zapewniał, umożliwiał kontakty z żołnierzami niemieckimi, zorganizował grupę z bronią do lasu; – wspaniałe dziewczyny – łączniczki, których imiona poznałem dopiero po wojnie. W wywiadzie wojskowym działali: Leon Obitko ps. „Halicki”, Mieczysław Żuber, Mieczysław Pawlik, Beutner – współpracownik Pawlika.
 
Tworzyli niezwykle dobrany zespół, pracowali na granicy ryzyka przy pełnej tego świadomości. W naszej organizacji wielką rolę pełniła Pani Irena Pfeifferowa. U niej odbywały się wszystkie najbardziej niebezpieczne spotkania z gestapo. Na terenie Obwodu w wywiadzie pracowało około 300 osób. Każda gromada miała komórkę 1+2, gmina 1 + 6. Większe ośrodki takie jak Staszów, Koprzywnica, Klimontów, miały znacznie większe siatki. Tylko w Polsce w warunkach wojennych można było powołać wywiad niemal bez pieniędzy. (Na wywiad od 1942 r. do stycznia 1943 r. otrzymywałem po 50 złotych miesięcznie, od 1943 r. otrzymywaliśmy w obwodzie 1500 zł). Bezinteresowność społeczeństwa. Jego ofiarność dla Ojczyzny była wielka, wspaniała, przy tym tak normalna i oczywista. Chciałbym jeszcze przedstawić sprawę pocisków V1 i V 2. Jeden z pocisków wystrzelony z poligonu „Dęba”, eksplodował w Mokoszynie, dawnym majątku Kurii Biskupiej. (W owym czasie pod zarządem niemieckim; w latach 1943/44 – ośrodek wypoczynkowy oddziałów SS; w chwili eksplozji przebywało tam ok. 20 dzieci z Reichu). Tuż po wybuchu na miejsce podążyły oddziały niemieckie. Ale wywiad sandomierski zdołał przejąć pozostałości po pocisku, które przewieziono do majątku Pana Świeżyńskiego w Żurawicy, gdzie przebywał prof. Arkadiusz Piekara. Następnie zdobyte części dostarczono „Mostem” – drogą powietrzną – na Zachód. Przywołujemy tamtych ludzi, tamten czas. To nasz czas, zawsze obecny, zawsze teraźniejszy, bo na zawsze związani jesteśmy tamtą walką: służbą Ojczyźnie.
 
Z nagrania magnetofonowego spisała dr Danuta Paszkowska
 
"Mówię do ciebie po latach milczenia" - materiały z sesji popularno-naukowej poświęconej Dziedzictwu Armii Krajowej, która odbyła się 14 lutego 1992 roku w Zamku Kazimierzowskim w Sandomierzu.
Nakładem I Liceum Ogólnokształcącego im. Aleksandra Patkowskiego w Sandomierzu.
Wydawnictwo Diecezjalne, Sandomierz 1993 

Przetłumacz Witrynę

Polish English French German Hungarian Latvian Lithuanian Russian Ukrainian

Użytkownik

Patronat

Biuletyn "ODWET" nr 22-23

Nowości Filmowe

stat4u