foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Wyrok na Reslerze i Rüpercie

     Zimą 1943 r. terror niemiecki gwałtownie się nasilił toteż Stach Wiącek, jeden z zastępców dowódcy Józka Wiącka, coraz częściej namawiał mnie, abym przestał ryzykować, i skończył z przyjmowaniem pacjentów w domu, bo mogą mnie w końcu zaskoczyć i źle się skończy. Radził, abym koniecznie przeniósł swój gabinet do kwater oddziału partyzanckiego. Józek Wiącek „Sowa" był dzielnym, odważnym człowiekiem, jako dowódca odznaczał się zdecydowaniem  i podejmowaniem takich decyzji, aby przy minimalnym zagrożeniu własnych współtowarzyszy byty szanse na powodzenie akcji. Władysław Jasiński zginął od kul żandarmów ze Staszowa, którymi dowodził Resler. On pierwszy zaczął strzelać do Jasińskiego, Tosia i Goryckiego. Na grobie Jasińskiego w Sulisławicach „Jędrusie" przysięgali pomścić śmierć swego dowódcy. Resler o tym wiedział, był w niebezpieczeństwie. Często strzelał już z daleka do nieznanych mu osób, jeśli tylko kogoś o coś podejrzewał. 
     Dzisiaj trudno powiedzieć czy śmierć Jasińskiego i innych kolegów była efektem penetracji wywiadu niemieckiego, czy też była tylko przypadkiem. Niemcy, którzy tego dnia znaleźli się w Tursku, najechali na dom Kabatów, trafili na świniobicie, za co wówczas karano śmiercią. Zięć Kabatów, Tadeusz Wołoszynowski, najprawdopodobniej chcąc się uratować powiedział Niemcom, gdzie się znajduje Jasiński - „Jędruś", widocznie liczył, że będą się bronić, a w takiej sytuacji ułatwią mu ucieczkę. Niemcy jednak zaskoczyli naszych chłopców całkowicie, a na domiar złego było ich w domu Wiącków niewielu i mieli mizerne uzbrojenie. Mieli wprawdzie kilka pistoletów i parę granatów, które być może były bez zapalników, bo nie eksplodowały. Dlatego też w przypadku zaatakowania większej grupy dobrze uzbrojonych Niemców nie mieli szans. 
     Resler - niemiecki sadysta, nienawidzący Polaków, choć się wśród nich wychował, jak na ironię miał na imię Jędruś. W okresie międzywojennym postrzelił mieszkańca Sielca, który zmarł. Wtedy Resler obawiając się kary uciekł do Niemiec i tam u nazistów przeszedł „szkołę zabijania". Po wrześniu 1939 r. wrócił do swojej niemieckiej wsi w Polsce. Podczas likwidacji getta w Staszowie strzelał do ludzi z dubeltówki śrutem, tak jak na polowaniu strzela się do zwierzyny. Przy Reslerze nawet bliski znajomy czy wspólnik nie był bezpieczny, jeżeli nie był Niemcem. 
     Nasz wywiad wspólnie z członkami BCh długo rozpracowywał możliwość wykonania na nim wyroku śmierci. Dopiero po kilku zasadzkach Resler wpadł w ręce sprawiedliwości. Było to pod koniec marca 1943 r. kiedy jadąc z drugim żandarmem na  rowerze z Rytwian do Sieka trafił na zasadzkę, która się udała. Został postrzelony w prawą rękę. Ostrzeliwując się z lewej ręki usiłował uciekać, ale następna kula zwaliła go z ziemię i była dla niego ostatnią. I tak dzisiaj ta nasza ziemia kryje zarówno zbrodniarzy, jak i ich ofiary. 
     Po wykonaniu wyroku na Reslerze został wysłany list do komendanta żandarmerii w Staszowie Rüperta o następującej treści: „Rüpert, jestem w niebie, czekam na ciebie — Resler". Po otrzymaniu i przeczytaniu tego listu, Rupert tak się przeraził, że połączył dwa posterunki żandarmerii rytwiański i staszowski, aby mieć lepszą obstawę i ochronę. Wziął także na zakładników 16 chłopów z Grzybowa, którzy mieli być rozstrzelani w odwecie za śmierć Reslera. Kapitan AK Kabata ps. „Wujek" (ojciec „Boba") udał się do wdowy po Reslerze i oświadczył jej, że jeżeli stanie się coś tym zakładnikom to zginie ona i trzech jej synów. Była to forma zastraszenia, bo wykonanie tego nie było wcale łatwe. Tylko jeden 10-letni syn przebywał w domu z matką, drugi pracował na Gestapo w Kielcach, a trzeci był na froncie wschodnim. „Wujek" oświadczył jej, że ten ostatni zginie zaraz, gdy przyjedzie na urlop lub pogrzeb matki i braci. 
     Nie była to rycerska forma postępowania wobec kobiety, ale chodziło przecież o skutek (uratowanie 16 osób), a ten był natychmiastowy. Reslerowa jeszcze tego samego dnia pojechała na posterunek do Stopnicy, gdzie więziono zakładników i spowodowała ich zwolnienie. Niemcy, aby wyjść z twarzą powiedzieli im, że śledztwo wykazało, iż Resler został zabity przez żydów z zemsty i dlatego żandarmeria wspaniałomyślnie zwalnia chłopów, którzy są niewinni. 
     Reslera pochowano na cmentarzu w Sielcach. W przemówieniu nad grobem niemiecki pastor Scheffer długo rozwodził się na temat zasług, jakie Resler oddał III Rzeszy i Führerowi, używając zwrotu, w którym porównał rany na głowie zabitego do ran Chrystusa po koronie cierniowej, czyniąc ze zbrodniarza niemal męczennika wiary. Na koniec powiedział jeszcze, że kule polskich bandytów przerwały nić życia niemieckiego nadczłowieka. Jasnym więc stało się dla wszystkich z czyjej ręki zginął ów zwyrodnialec. 
     Żyło jeszcze wielu Niemców podobnych Reslerowi, a jednym z nich był właśnie Rüpert. Wyrok na Rüpercie zdawał się być niewykonalny, ponieważ komendant staszowskiej żandarmerii po otrzymaniu wysłanego przez nas listu stał się jeszcze bardziej ostrożny. Ponadto późną jesienią wyjechał na urlop do Reichu. Rüpert chwalił się, jak opowiadał później jego kierowca, że ma bardzo miłą żonę i troje dzieci. Kocha swoją rodzinę Wyjeżdżając na urlop szykował prezenty, dla żony biżuterię (oczywiście własność pomordowanych Żydówek) oraz upominki dla dzieci zrabowane z żydowskich domów. Pani Rüpertowa może nawet nie wiedziała, w jaki sposób jej mąż nabył te rzeczy. Jak podwójne oblicze może mieć człowiek? W stosunku do jednych zbrodnicze, a dla drugich, czyli rodziny i Niemców — czułe i ludzkie. 
     W zlikwidowaniu Rüperta pomógł nam pewien przypadek. W Staszowie był sklep papierniczy prowadzony przez panią Eugenię Mrówczankę. Pani Gienia wraz z panią Nowakową, siostrą pani Bieniowej z Osali, prowadziły punkt wysyłki paczek dla jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych. Zawartości tych paczek były w większości dostarczane przez „Jędrusiów" i stąd nasza znajomość z tymi paniami. W staszowskim ratuszu, w sklepie z artykułami papierniczymi klientów spotykała bardzo miła obsługa. Pewnie to dzięki bardzo sympatycznej i miłej pani Gieni często do sklepu przychodzili mężczyźni. W sklepie tym kupowali też nieraz Niemcy. 
    Gdzieś pod koniec grudnia 1943 r. kierowca samochodu osobowego staszowskiej żandarmerii, z pochodzenia Ślązak, kupując w jej sklepie świąteczne kartki, zauważył, że pani Gienia jest smutna i dodał — na pewno pani dzisiaj płakała. Spytał ją więc o powód zmartwienia mówiąc, że nie może pozwolić, by z tak pięknych oczu spływały łzy. Zapytał więc wprost, jak może jej pomóc. Pani Mrówczanka opowiedziała mu o chorobie swojej matki. Skarżyła się, że to przez wojnę nie może dostać dla niej lekarstw. Wówczas kierowca oświadczył, żeby się nie martwiła, bo on jutro jedzie do Kielc, by przywieźć wracającego z urlopu w Reichu komendanta staszowskiej żandarmerii Rüperta i na pewno będzie miał czas wpaść do apteki w Kielcach — „nur für Deutsche" (tylko dla Niemców). Apteka ta jest bardzo dobrze zaopatrzona i na pewno dostanie tam wszystkie potrzebne jej leki. Musi mu tylko dostarczyć recepty, a on czuje się zaszczycony, że będzie mógł jej pomóc. 
     Pani Gienia przyniosła mu recepty, sama zaś nie mogła się doczekać godziny zamknięcia sklepu, zaproszona była bowiem na kolację do Ossali, do której trzeba było przejechać leśną drogą około 18 km, tam bowiem miała spędzić wigilię. Miała tam również spotkać Józka Wiącka ps. „Sowa", dowódcę „Jędrusiów", którego darzyła sympatią. 
     Zorganizowanie zasadzki i wykonanie wyroku na Rüpercie umożliwiła nam więc pani Gienia. 
 
płk dr Mieczysław Korczak ps. Dentysta
Tekst pochodzi z książki "Życie na włosku"   
 

Przetłumacz Witrynę

Polish English French German Hungarian Latvian Lithuanian Russian Ukrainian

Użytkownik

Patronat

Biuletyn "ODWET" nr 22-23

Nowości Filmowe

stat4u