Żołnierz A.K.

Diddington (6-ty szpital wojskowy) 9 listopada 1947
 
Trzy lata temu leżał już na polach pierwszy śnieg. Topniał w błoto, rudział i niknął. Noce były złachmanione chmurzyskami, co je wiatry szarpały, a czasem księżyc lękliwie rozjaśniał ich biedotę. Kolumny sennie brodziły przez ziąb, noc i błoto. Nie były już tak długie jak latem. Wykruszały się, dzień po dniu. Rdzewiała broń, dodzierały się resztki butów, zapadały policzki, przygasały oczy. Jeszcze tylko upór kołatał w ludziach, którzy nie chcieli znać co to bezbronność i niewola.

Chodziły nocami kolumny, a za nimi zostawały po lasach samotne krzyże brzozowe, na których tylko ten pseudonim, słowo dziwaczne i napis, który wszystko tłumaczył: „Żołnierz A.K."
Ile ich to po lasach zostało? Ilu to pomarło z ran, których nie było czym opatrzyć? Ilu to skonało na rękach kolegów, na noszach kolebiących się w mroku, kiedy strudzone nogi potykały się o korzenie, przerastające kręte ścieżki leśne? Kto to policzy?

Jakże nie sięgać za siebie, jak nam do tych dni nie wracać? Przecież jeszcze nie ma końca dziełom, które się tamtymi podziemnymi latami na ścieżkach leśnych poczęły. Jeszcze wciąż się ważą, jeszcze wciąż...
Wczoraj wieczorem zmarła tu w szpitalu młoda, 19-to letnia dziewczyna z A.K. Z Warszawy. Mówiliśmy o niej parę dni temu z sąsiadem (ppor. Sieradzki, 6 pułk pancerny). Dziecko było zupełnie skończone przeżytym piekłem, ruina fizyczna, istnienie przygięte burzą, której tak niewielu potrafiło się ostać. Zgorzkniała w stosunku do ludzi, w nic już nie wierząca, postarzała. Sąsiad, zawsze gotów do pomocy słabym, myślał nawet o tym, jakby jej tu ulżyć, rozerwać, aby zapomniała o cieniach. Ale powiedziano mu, że nic z tego. Zresztą jakże — obcy człowiek.

Zmarła wczoraj wieczorem. Serce. Sąsiad gryzł się naprawdę. Bo pomyśleć, taka samotna w ostatnią godzinę, taka młoda a taka biedna. Chce posłać jej na grób chryzantemy.

Śmierć — swoja sprawa, znana, zwyczajna. Ale coś nie jest w porządku z samotnym konaniem młodziutkiej dziewczyny, której nie pożarła bitewna śmierć w Warszawie. A przecież nie ona jedna. Tu w Anglii, w szpitalu.

Nie mogę — myśląc o tym — zapomnieć o tych pogubionych po lasach krzyżach. I tak mi się zdaje, że ta tu śmierć jest zbyt wielką dla nas krzywdą, kiedy mogliśmy tam się wśród krzaków pod niezgrabnymi krzyżami uczaić i zostać na straży ścieżek, którymi kiedyś przekradały się brzęczące bronią oddziały.

Ale my „zabraliśmy ojczyznę na podeszwach butów" i teraz musimy pochylić głowy i milczeć. Co nam innego pozostało?

Poślemy biedaczce chryzantem, niech ma choć tyle. I wypisałbym jej na krzyżu napis, który tu już niczego nie tłumaczy:

„Żołnierz A.K.".
 
Tekst pochodzi z książki "Byłaś radością i dumą"