foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Józef Wiącek - ”Sowa”

Józef Wiącek (1912-1990) ppor. ”Sowa”, ”Kleszcz”, Jedruś II,  Żołnierz Zastępca i drugi dowódca Oddziału Partyzanckiego Jędrusie, kawaler krzyża walecznych i orderu Virtuti Militari.
 
Józef urodził się w Trzciance, pochodził z chłopskiej rodziny. Miał pięcioro rodzeństwa. Twórcę oddziału “Jędrusiów” Władysława Jasińskiego, poznał w mieleckim Gimnazjum im. Konarskiego. Służbę wojskową odbył w 20 Pułku Ułanów. W 1939 został zmobilizowany z przydziałem do 10 Brygady Kawalerii gen. Stanisława Maczka i tam zastała go II wojna światowa. Po powrocie ze szlaku bojowego podjął walkę z okupantem jako Sowa i od 25 maja 1942 roku pełnił funkcję zastępcy Władysława Jasińskiego, a po jego śmierci, od 9 stycznia 1943 dowodził Jędrusiami. Za brawurową akcję rozbicia więzień w Opatowie (12 marca 1943) i Mielcu (29 marca 1943), i uwolnienia 260 Polaków Józef Wiącek otrzymał Srebrny Krzyż Virtuti Militari.
 
Innymi ważnymi operacjami jakie oddział pod dowództwem Sowy przeprowadził były:
 
obrona pacyfikowanej przez hitlerowców wsi Strużki (3 czerwca 1943)
wyprowadzenie oddziału bez strat z obławy na “Jędrusiów” w lesie Turskim
rozbicie posterunku SD w Łoniowie
rozbicie ewakuującego się starostwa niemieckiego z Biłgoraja pod Osieczkiem
stoczenie bitwy o Osiek
rozbicie sztabu 4 pułku saperów na szosie Osiek – Staszów.
Do akcji “Burza” Józef Wiącek przystępował już w stopniu porucznika jako dowódca 4 partyzanckiej kompanii “Jędrusiów” w 2 pułku piechoty legionowej AK Ziemi Sandomierskiej. Za walkę z hitlerowskim okupantem odznaczony Krzyżem Walecznych.
 
Po okresie II wojny światowej Józef Wiącek wrócił do rodzinnej Trzcianki, ożenił się z Heleną Chołocińską. Niestety nie dane im było żyć spokojnie. Ludowa ”Polska” władza PRL-u uznawała żołnierzy AK, w tym także ”Jędrusiów” do wrogów systemu.  3 lipca 1945 roku Józef Wiącek został aresztowany przez UB, a choć był bezbronny postrzelono go serią z pepeszy w nogę. Uwięziono “Jędrusia II” w Sandomierzu, torturowano i dopiero po pewnym czasie – gdy kość w rannej nodze zaczęła się już psuć, umieszczono go w szpitalu więziennym. W tym czasie gospodarstwo w Trzciance zostało doszczętnie ograbione, ojciec Józefa pobity (wkrótce po tym zmarł), a brat Stanisław, też partyzant “Jędrusiów” o pseudonimie “inspektor” został aresztowany pod fałszywym zarzutem dezercji z wojska, nielegalnego posiadania broni i należenia do “bandy”. Osądzono go i skazano na karę śmierci, zamienioną na więzienie, z którego wrócił dopiero po 10 latach w 1956 roku.
 
Józef Wiącek był również sądzony i ostatecznie uniewinniony. Jego niedawni oprawcy nie dali za wygraną. Uczynili wszystko by zmusić go do opuszczenia rodzinnej wsi i rodzinnych stron. Wyjechał na Pomorze, osiadł w Kwidzynie. W latach 1953-1978 kierował gospodarstwem doświadczalnym (szkolnym) w Oborach, przy Technikum Mechanizacji Rolnictwa. Pod jego okiem młodzież odbywała wakacyjne praktyki. Był świetnym fachowcem. I choć nie posiadał legitymacji partyjnej mianowano go dyrektorem.
 
Józef Wiącek był człowiekiem niezwykle skromnym. Pochłonięty pracą zawodową i problemami rodziny, nie często wracał do wspomnień z lat wojny. Nie lubił opowiadać o sobie. Ale ludzie w Kwidzynie szybko dowiedzieli się o jego partyzanckiej przeszłości i szanowali go. On zaś, wraz ze swymi dawnymi partyzantami, włączył się w prace nad upamiętnianiem walki “Jędrusiów”, a przede wszystkim Władysława Jasińskiego, twórcy “Odwetu” i pierwszego dowódcy Oddziału. Do końca swych dni był czynny społecznie.
 
Został pochowany na Cmentarzu Komunalnym w Kwidzynie.
 
Osoba Józefa Wiącka jest mi bliżej znana z opowiadań rodzinnych. Dokonania Józefa Wiącka w okopach wojennych budzą uznanie, budzą szacunek. Pamiętajmy iż wielu bohaterów nie możemy podpisać z imienia oraz nazwiska, często osoby NN, zapomniane przez historię są blisko nas, leżą na cmentarzu ”prawdy”. Pielęgnujmy pamięć o nich, o bohaterskich wyczynach ”Jędrusiów” .
 
Więcej o oddziałach ”Jędrusiów” można przeczytać na stronie patriotów z Mielca, do której link widnieje po prawej stronie naszej strony.
 
Chwała żołnierzom II wojny światowej którzy w trudzie zmagali się z okupantami z wschodu, zachodu naszego pięknego kraju.
 
***
 
Józef Wiącek
 
Tekst opracowała Anna Bieńkowska na podstawie materiałów rodzinnych, udostępnionych przez panią Annę, córkę Józefa Wiącka. Artykuł publikowany w kwartalniku „Schody Kawowe", numery: 3/15 (Rok IV) lipiec-wrzesień 2003, 4/16 (Rok IV) październik-grudzień 2003 oraz 1/17 (Rok V), styczeń-marzec 2004.
 
Początek mojej pracy w Zespole Szkół Mechanizacji Rolnictwa przypadł na bardzo gorący okres. We wrześniu 1991 roku trwały przygotowania do kolejnego zjazdu absolwentów tej szkoły. I właśnie wtedy zelektryzowała mnie wiadomość, że do mojej „nowej" szkoły przyjadą „Jędrusie". Pamiętam, że pytałam, czy to na pewno „Ci Jędrusie"? I dopiero wtedy dowiedziałam się, że w Kwidzynie mieszkał i był pracownikiem ZSMR pan Józef Wiącek - człowiek, który tworzył wielką historię naszej Ojczyzny. Dla mnie był bardziej znany jako Szef Józek lub porucznik Sowa, dowódca jednego z pierwszych na terenie okupowanej Polski oddziału partyzanckiego. Niestety, nie miałam szczęścia poznać osobiście pana Józefa- zmarł w 1990 roku. Stał się drugim patronem naszej szkoły. Pragnę mieszkańcom Kwidzyna przybliżyć tę wspaniałą postać. Jakim był on człowiekiem? Jakie były drogi, które go na trwale związały z dziejami naszej Ojczyzny i które przywiodły go do Kwidzyna?
 
Kolebką rodziny Józefa Wiącka oraz jego żony Heleny z Hołocińskich była piękna ziemia sandomierska ze swymi wzgórzami, dolinami, piaszczystymi polami, zadumanymi przydrożnymi kapliczkami. Na wschodzie płynęła Wisła, przed pierwszą wielką wojną była to rzeka graniczna. Za Wisłą widoczna z okolicznych wzgórz była Galicja - w owych czasach legendarny kraj swobód i wolności dla Polaków - prawie wolna Polska. Ziemia sandomierska była wówczas częścią zaboru rosyjskiego, Galicja - austriackiego. 
 
Na przełomie XIX i XX wieku Wiąckowie stanowili wielką rodzinę spokrewnioną bądź spowinowaconą z wieloma innymi rodzinami, m.in. z Bieniami, Podsiadłymi, Sabbatami. Rodzice Józefa, Paweł i Zofia z Podsiadłych, posiadali gospodarstwo we wsi Trzcianka w gminie Tursko Wielkie w powiecie sandomierskim. Trzcianka położona była niedaleko historycznego Połańca. Wiąckowie byli znani w okolicy jako dobrzy rolnicy, pracowici i pobożni. Mimo, że byli prostymi i niezbyt bogatymi ludźmi, doceniali wagę kształcenia swych dzieci. Głównym motorem tych działań była głównie matka - posiadająca tylko umiejętność czytania. Dzieci była spora gromadka, sześciu synów i jedna córka. Antoni i Wincenty kształcili się na nauczycieli. Eleonora marzyła o pracy w dyplomacji. Stanisław chciał poświęcić się karierze wojskowej - pragnął zostać zawodowym ułanem. Jan ukończył seminarium duchowne i został księdzem. Chociaż zgodnie z wolą rodziców to seminarium duchowne miał pierwotnie ukończyć Franciszek, który w grudniu 1918 roku wstąpił do polskiego wojska i wkrótce znalazł się na pierwszej linii frontu. W okolicach Przemyśla, gdzie Polacy walczyli z Ukraińcami, 10 lutego 1919 roku Franciszek został ciężko ranny. Zmarł 14 lutego 1919 roku. W rodzinie Wiącków nie była to jedyna śmierć w czasach wielkiej wojny. Jednak ta strata była szczególnie bolesna ponieważ dotknęła przedstawiciela najmłodszego pokolenia.
 
Józef Wiącek urodzony 21 kwietnia 1912 roku został wyznaczony przez rodziców do przejęcia w przyszłości rodzinnego gospodarstwa. Początkiem jego edukacji było ukończenie czterech klas szkoły powszechnej w Tursku Wielkim. Następnie wyruszył za Wisłę. Został uczniem kieleckiego gimnazjum imieniem Stanisława Konarskiego. Tam poznał Władysława Jasińskiego, młodego wiekiem harcerza (Władysław był tylko 3 lata starszy od Józefa), ale o długim harcerskim stażu i o wielkim talencie organizacyjnym. Młodzi ludzie zaprzyjaźnili się, prowadzili długie i gorące rozmowy, wspólnie przeżywali harcerskie przygody.
Po ukończeniu czterech klas gimnazjalnych, zgodnie z wcześniejszymi planami rodziców, we wrześniu 1930 roku Józef rozpoczął naukę w Państwowej Wyższej Szkole Rolniczej w Bojanowie Poznańskim, którą ukończył w czerwcu 1933 roku. Swą wiedzę zawodową pogłębiał w czasie praktyk rolniczych, początkowo w kresowych dobrach Rudnia Bereśniewicze w powiecie baranowickim, a następnie z początkiem stycznia 1934 roku w majątku Romanów w powiecie włodawskim. Właścicielami tej posiadłości byli potomkowie rodziny słynnego polskiego pisarza, historyka i publicysty - Józefa Ignacego Kraszewskiego. Wreszcie przyszedł czas na służbę wojskową. Już jesienią 1934 roku dwudziestodwuletniego Józefa powołano do wojska. Przydzielono go do 20 Pułku Ułanów w Rzeszowie. Po odbyciu służby wojskowej w 1935 roku wrócił do Trzcianki i wspólnie z młodszym bratem Stanisławem prowadził dobrze prosperujące gospodarstwo rolne. Z ogromną sumiennością praktycznie wykorzystywał wcześniej zdobytą wiedzę rolniczą, a także wyżywał się w pracy społecznej działając aktywnie w Stronnictwie Ludowym. W roku 1937 Józef ponownie powołany został do wojska, tym razem na ćwiczenia do organizowanej 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej. Dowództwo przydzieliło go do plutonu łączności.
 
Potem znowu była ciężka, ale efektywna praca na ojcowiźnie. Została nagle przerwana 13 marca 1939 roku. Józef Wiącek został zmobilizowany. Wziął ponownie udział w ćwiczeniach 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej dowodzonej przez generała Stanisława Maczka. Tym razem wcielono go do dywizjonu rozpoznawczego. Brygada stacjonowała wówczas w Jagodach i przechodziła przeszkolenie na poligonie w Nowej Dębie. 1 września 1939 roku Polska została zaatakowana przez hitlerowskie wojska. Józef z 10 Brygadą Kawalerii przeszedł cały szlak bojowy w tragicznym wrześniu 1939 roku. Klęska wrześniowa zmusiła żołnierzy do przekroczenia granicy. Na terenie Węgier żołnierze generała Maczka zostali rozbrojeni. Józef nie podążył na Zachód lecz przedostał się z powrotem do kraju. Wkrótce dotarł do rodzinnego domu w Trzciance. Rodzice byli już starzy, a więc Józef razem z bratem Stachem, który również był żołnierzem września 1939 roku, pracowali na roli i już wtedy zamierzali podjąć walkę z wrogiem. Poszukiwali kontaktów z rodzącą się konspiracją.
 
Wczesną wiosną 1940 roku do Trzcianki do braci Wiącków dotarło pierwsze konspiracyjne pismo. Było to dla nich wielkie wydarzenie. Nie sądzili wówczas, że za kilka miesięcy sami będą pracowali przy jego powielaniu. Zastanawiali się, kto wydaje tę gazetkę. Nie wiedzieli, że tego dokonał ktoś, kogo znali, a nawet w swych latach gimnazjalnych przyjaźnili się. Był to Władysław Jasiński - absolwent wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego, pracujący w szkolnictwie, propagujący najwspanialsze idee polskiego harcerstwa. Już w październiku 1939 roku utworzył w Tarnobrzegu tajną organizację stawiającą sobie za cel walkę z najeźdźcą.
 
Jasiński odznaczał się wielkim talentem organizacyjnym i niezwykłą odwagą. Cieszył się bezgranicznym zaufaniem młodzieży. Dlatego w pierwszych konspiracyjnych szeregach znaleźli się przede wszystkim harcerze-uczniowie tarnobrzeskiego gimnazjum. W początkowym okresie pracy konspiracyjnej gromadzono broń i wyposażenie wojskowe. Lokalizowano miejsca, w których oddziały Wojska Polskiego ukryły broń, a następnie sprowadzono ją do punktów konspiracyjnych.
 
Jeszcze w 1939 roku Jasiński podjął działania związane z wydawaniem tajnej prasy. Zorganizował nasłuch audycji Polskiego Radia w Londynie. Wiadomości radiowe były przepisywane na maszynie, potem udostępniano je Polakom. Początkowo był to bardzo skromny Biuletyn Informacji Radiowych, a od marca 1940 roku pismo to zostało podniesione do rangi cotygodniowej tajnej gazety i otrzymało tytuł „Odwet". Ta konspiracyjna gazeta spełniała ogromną rolę. Przynosiła zakazane w okresie okupacji, a tak potrzebne Polakom, najświeższe wiadomości ze wszystkich frontów II wojny światowej. Ukazywały się w niej artykuły o treści głęboko patriotycznej, które dawały nadzieję, że nie wszystko stracone. Pobity i zniszczony kraj bardzo potrzebował właśnie nadziei. Gazeta pouczała jak zachować się w konkretnych sytuacjach narzuconych przez okupanta. Piętnowała Polaków współpracujących z władzami niemieckimi.
 
Nazwę „Odwet" przyjęła cała grupa Władysława Jasińskiego. Stworzyła dwa fundusze - prasowy, związany z redagowaniem i kolportowaniem tajnej tygodniówki „Odwet" oraz fundusz pomocowy, który objął opieką rodziny ukrywających się i aresztowanych konspiratorów, a także wdowy i sieroty po żołnierzach września 1939 roku oraz wysiedlonych z poznańskiego i Pomorza Polaków. W 1940 roku Niemcy wpadli na trop „Odwetu". Względy bezpieczeństwa spowodowały konieczność przerzucania centrali „Odwetu" w coraz to inny rejon - najpierw do Krzemienicy w powiecie mieleckim, a następnie za Wisłę, w rejon Trzcianki i Sulisławic.
 
Jesienią 1940 roku przyjechał do domu Wiącków kuzyn Wacław Podsiadły w towarzystwie mężczyzny, którego bracia Wiąckowie w pierwszej chwili nie poznali. Był to Władysław Jasiński. Celem jego wizyty było przeniesienie powielarni „Odwetu" właśnie tutaj, do domu rodziny Wiącków. Jasiński nie miał żadnych trudności z wciągnięciem Józefa i Stanisława do pracy w „Odwecie". O walce z okupantem myśleli oni już od dawna. Zabudowania gospodarcze Wiącków były rozrzucone. W pobliżu nie było żadnych sąsiadów, którzy przez zbytnią ciekawość interesowaliby się różnymi „gośćmi" odwiedzającymi często gospodarzy. Bliżej drogi stał dom mieszkalny, w podwórzu letnia kuchnia, stodoła i stajnia. Całość ogrodzona była wysokim parkanem. Wkrótce zainstalowano w Trzciance maszynę do pisania i aparat radiowy. Przez wiele miesięcy tutaj mieściła się Centrala „Odwetu". Tu w niedługim czasie Jasiński - Szef Władek, rozpoczął nowy etap konspiracyjnej działalności, a mianowicie akcje dywersji gospodarczej przeciwko okupantowi. Tu magazynowano broń, tu była kwatera, jakże często dla całego oddziału. Z domu Wiącków w maju 1941 roku wyruszył na pierwszą akcję zbrojną na tej ziemi po majorze „Hubalu" oddział partyzancki. Rodzice Paweł i Zofia Wiąckowie znakiem krzyża żegnali wychodzących z Trzcianki na bój pierwszych leśnych chłopców, do których należeli także ich synowie. Stanisław przyjął pseudonim „Inspektor", Józef - „Sowa". To właśnie w Trzciance powstali sławni później „Jędrusie". Po licznych aresztowaniach, jakich dokonali Niemcy w siatce „Odwetu" Jasiński podjął decyzję o wydzieleniu z organizacji specjalnej grupy dywersyjno - bojowej. Utworzony wiosną 1941 roku oddział od pseudonimu swego dowódcy przyjął nazwę „Jędrusie". Władysław Jasiński ów pseudonim przybrał od imienia swego czteroletniego synka Andrzeja. Tym imieniem podpisywał pokwitowania za rekwirowane Niemcom środki. Niemcy ów podpis odczytywali jako pseudonim groźnego szefa jeszcze groźniejszej bandy.
 
W taki sposób zostali „Jędrusiami". Ta nazwa weszła na stałe do historii Polskiego Podziemia. Działalność „Jędrusiów" była wszechstronna. Oddział przeprowadził około 180 różnego rodzaju akcji, wśród których były liczne akcje dywersji gospodarczej, zasadzki i potyczki, a także regularne bitwy z siłami wroga. „Jędrusie" rozbrajali posterunki niemieckiej żandarmerii i policji „granatowej". Prowadzili na szeroką skalę zakrojoną akcję zapewnienia ładu i porządku publicznego. Zwalczali bandytyzm, wykonywali wyroki śmierci na zdrajcach i osobach współpracujących z okupantem. Chronili lasy przed bezmyślnym wyrębem. Zabezpieczali wsie przed hitlerowskimi pacyfikacjami. Unikalną, jak na warunki okupacji i partyzantki, była prowadzona przez „Jędrusiów" akcja charytatywna polegająca na niesieniu pomocy aresztowanym i ich rodzinom, a także ludziom ukrywającym się. Zorganizowano sieć punktów wysyłkowych paczek żywnościowych dla polskich jeńców w obozach niemieckich. „Jędrusie" współpracowali też z Radą Główną Opiekuńczą, przekazując tej jedynej oficjalnej organizacji spore ilości zdobytej na okupancie żywności i odzieży.
Od 1942 roku „Jędrusie" wprowadzili do swego programu samokształcenie. Wielu „chłopców z lasu" uzyskało konspiracyjne małe matury oraz przeszło przeszkolenie w „leśnej" podchorążówce. Charakteryzując „Jędrusiów" należy podkreślić, że różnili się od innych grup partyzanckich. Stanowili oddział samodzielny, nie podporządkowany do 1943 r. żadnej z istniejących organizacji Polski Podziemnej. Władysław Jasiński do kierowania oddziałem partyzanckim nie miał rozbudowanego sztabu wojskowego. Sam był wszystkim - dowódcą, organizatorem, kurierem, redaktorem naczelnym. U „Jędrusiów" nie było szarż, stopni wojskowych, meldowania się. Do dowódcy zwracano się: „panie szefie" lub „panie Władku". Organizacja oddziału opierała się na harcerskim systemie zastępowym. Wszyscy jego członkowie doskonale znali swoje miejsce i zadania. Wierni harcerskiemu prawu, którego nauczył ich „Szef" pełnili służbę Bogu i Ojczyźnie, uznając za święte takie wartości jak miłość, szacunek, poświęcenie i wolność. Byli organizacją wojskową nie uznającą drylu wojskowego, ponieważ wytworzyli u siebie rzadko spotykaną atmosferę koleżeństwa i przyjaźni, zaufania i życzliwości, a także atmosferę wzajemnego oddania, co niejednokrotnie potwierdzili w boju.
 
W maju 1942 roku doszło do wcześniej zapowiedzianego małego zjazdu „Jędrusiów" w Sulisławicach, na którym Szef Władek przedstawił ideologiczny kierunek działalności partyzanckiej grupy. Na tym zjeździe Szef „Jędrusiów" mianował oficjalnie swojego zastępcę, którym został Józef Wiącek „Sowa".
 
Dnia 9 stycznia 1943 roku w starciu z niemiecką żandarmerią w Trzciance, rodzinnej wsi braci Józefa „Sowy" i Stanisława „Inspektora" Wiącków zginął Władysław Jasiński. Dla „Jędrusiów" ta śmierć była najboleśniejsza. Pierwszy dowódca „Jędrusiów" został pośmiertnie odznaczony srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari.
Wprawdzie Jasiński jeszcze przed śmiercią wyznaczył na swego zastępcę Józefa Wiącka, jednak „Sowa" szanując obyczaje „Jędrusiów" zapytał, czy będą go słuchali. Wszyscy odpowiedzieli twierdząco. W grupie partyzanckiej „Jędrusie" zawsze panowała świadoma dyscyplina. Gdy zachodziła potrzeba umiano stanąć przed swym Szefem na baczność, ale w większości wszystko załatwiano na platformie wysoko pojętego koleżeństwa i równości w zakresie uprawnień i obowiązków. Szef miał zawsze głos decydujący, ale nigdy nie zdarzyło się, by w ważniejszych sprawach nie pytał o zdanie przynajmniej kilku członków grupy. Tak było od początku istnienia „Jędrusiów". Zastępcą dowódcy „Jędrusiów" został brat Szefa Stanisław Wiącek - „Inspektor", człowiek rozważny, mądry odpowiedzialny.
 
Józef Wiącek, czyniąc niejako zadość swemu pseudonimowi - przecież sowa oznacza mądrość i roztropność - poprowadził „Jędrusiów" do dalszej walki. Zrobił to z chłopską odwagą, z poczuciem odpowiedzialności, według partyzanckiej sztuki wojowania. I w duchu wspólnie z Jasińskim nakreślonych kiedyś celów, a także metod wspólnie wypracowanej walki. Wiele oddziałów partyzanckich rozpadało się, gdy ginął dowódca. Jędrusie zaufali Szefowi Józkowi i podjęli dalszą walkę w imię ideałów swego pierwszego dowódcy. Wkrótce przeprowadzili kilka akcji zostawiając wszędzie podpis „Jędruś". Niemcy nie mieli więc pewności, czy w Trzciance w styczniu 1943 roku zabili Władysława Jasińskiego i nadal na terenie całej Generalnej Guberni rozklejali listy gończe za „Jędrusiem" Jasińskim, zawierające jego fotografię.
 
Józef Sowa wyróżniał się wielką odwagą w czasie poszczególnych akcji. Był bardzo zdecydowany, miał żołnierski zmysł wobec wroga. Był świetnym dowódcą. Jakże przydatna była ogromna rozwaga dowódcy, gdy nastąpiło szczególne nasilenie akcji bojowych. „Jędrusie" rozbili więzienie w Opatowie, a następnie w Mielcu. W wyniku tych działań uwolnili przeszło 250 aresztowanych Polaków. Za rozbicie opatowskiego i mieleckiego więzienia Józef Wiącek otrzymał od władz Armii Krajowej Krzyż Virtuti Militari. Jego żołnierzy udekorowano Krzyżem Walecznych. Kolejnym, ogromnym sukcesem było wyprowadzenie oddziału bez strat z obławy na „Jędrusiów" w lesie turskim, a potem z kolejnych obław.
Realizując plany Władysława Jasińskiego wznowiono wydawanie tajnej gazety „Odwet", lokując jej drukarnię w podziemiach starego kościoła w Sulisławicach. Zespół redakcyjny opracował również broszurkę „Nie zdobi nas mundur, nie chwali nas sztab". Jeden z 40 egzemplarzy tego unikatowego, konspiracyjnego wydawnictwa otrzymał w dniu swych imienin dowódca „Jędrusiów" - Szef Sowa z podpisami wszystkich członków grupy partyzanckiej.
 
Pierwszy dowódca „Jędrusiów" myślał o przyszłości swych najmłodszych partyzantów. Chciał, by prócz wiedzy partyzancko - żołnierskiej, zdobywali także wykształcenie. Niejednokrotnie mówił, że wolna Polska będzie potrzebować ludzi mądrych. Sowa realizował testament Jędrusia. Zorganizował dla najmłodszych partyzantów naukę w lesie oraz tzw. „małą maturę", po której mogli odbyć kurs Szkoły Podchorążych Armii Krajowej zakończony pomyślnie zdanym egzaminem. Odtąd oddział posiadał nowych kaprali podchorążych, którzy już w niedalekiej przyszłości objęli dowództwo drużyn.
Józef Wiącek w porozumieniu z Kierownictwem Walki Cywilnej na Kraj nawiązał bezpośredni kontakt ze Stefanem Karbońskim - kierownikiem walki cywilnej w ramach Delegatury Rządu RP. Efektem tego porozumienia była szeroko zakrojona akcja, której celem było zniszczenie wszelkich spisów i ksiąg kontyngentowych, spisów ludności i ksiąg majątkowych w gminach na terenie trzech powiatów. Do Jędrusiów dotarł ówczesny I zastępca Delegata Rządu na Kraj - Adam Bień, spokrewniony z rodziną Wiącków. Adam Bień, prawnik z wykształcenia, interesował się szczególnie zagadnieniami bandytyzmu i złodziejstwa. Te sprawy partyzantom nie były obce. Zwalczali je już wcześniej. Zorganizowali duże akcje przeciwko bandytyzmowi, złodziejstwu oraz niszczeniu lasów.
 
Mimo dość ścisłych kontaktów z Kierownictwem Walki Cywilnej „Jędrusie" długo zachowali niezależność organizacyjną. Do scalenia z Armią Krajową doszło w 1943 r. „Jędrusie" zostali żołnierzami AK, ale jako samodzielna, niezależna organizacja wojskowa, na uzgodnionych wcześniej warunkach. Podlegali strukturom AK, zachowując jednak daleko idącą swobodę. Po ogłoszeniu w lipcu 1944 roku akcji „Burza" na sandomierszczyźnie i rozpoczęciu koncentracji oddziału w Rybnicy „Jędrusie" zostali przekształceni w 4 kompanię 2 pułku piechoty legionowej AK Ziemi Sandomierskiej. Szef Sowa został awansowany do stopnia porucznika jako dowódca tejże kompanii. W 1944 roku nastąpiło powiększenie oddziału poprzez wcielenie do „Jędrusiów" grupy „Lotnej" z Obwodu Armii Krajowej Sandomierz. Wchodząc w skład 2 Pułku „Jędrusie" przeszli cały szlak bojowy II Dywizji Piechoty AK. Bardzo boleśnie przyjęli fakt, że już za późno iść na pomoc walczącej w powstaniu Warszawie. Zresztą ich pomoc niewiele mogłaby wówczas zmienić, a nawet na pewno powiększyłaby liczbę partyzanckich mogił. „Jędrusie" uczestniczyli w bitwach z Niemcami m. in. w Dziebałtowie, Grodzisku, Radoszycach, Radkowie. Swą leśną epopeję zakończyli w siekierzyńskich lasach przechodząc przed Świętami Bożego Narodzenia 1944 roku na wiejskie kwatery. W okresie „Burzy" 4 kompanią „Jędrusiow" nie dowodził już Józef Wiącek, a porucznik „Burza" - Roman Niewójt. Pułkownik „Lin" - Antoni Żółkiewski zaproponował porucznikowi Sowie, aby przeszedł linię frontu z kilkuosobowym patrolem. Celem było przekazanie przesyłki w Górkach Klimontowskich, a następnie powrót do oddziału. Józef wraz z patrolem na przyczółku sandomiersko - baranowskim został zatrzymany i rozbrojony przez NKWD. Do „Jędrusiów" już nie dołączył. W listopadzie 1944 roku szef sandomierskiego Urzędu Bezpieczeństwa przekazał Józefa Wiącka w ręce NKWD. Sowieckie władze bezpieczeństwa przeprowadziły dochodzenie w sprawie działalności oddziału partyzanckiego „Jędrusie". Po zakończeniu śledztwa oświadczono, że przeprowadzone badania pozwalają stwierdzić, że oddział partyzancki walczył z Niemcami i nie działał na szkodę Armii Czerwonej.
 
W styczniu 1945 roku w ramach ofensywy sowieckiej tereny zakwaterowania „Jędrusiów" zostały wyzwolone spod okupacji niemieckiej. Fakt, że wyzwolenie przyszło ze wschodu stał się wkrótce ogromną tragedią niedawnych partyzantów. Wielu z nich dotknęły represje ze strony NKWD i Urzędu Bezpieczeństwa. Niektórzy zmuszeni byli uciekać z kraju, aby uniknąć polskiego więzienia, rosyjskich łagrów i śmierci.
 
Józef Wiącek kilkakrotnie dostawał się w ręce sowieckiego NKWD bądź polskiego Urzędu Bezpieczeństwa. Dzięki swej przemyślności udawało mu się wtedy uratować, ale zmuszony był ukrywać się. Mimo że, zakończyły się działania wojenne, a Niemcy hitlerowskie zostały pokonane, dom rodzinny Wiącków w Trzciance cały czas był pod obserwacją pracowników UB.
W końcu czerwca 1945 roku Józef Wiącek dowiedział się, że Stanisław Mikołajczyk doszedł do porozumienia ze Stalinem w sprawach politycznych. Sądził więc, że sprawa Armii Krajowej wyjaśniła się, chociaż mocno niepokoiło go, że w Moskwie równocześnie odbywał się proces „szesnastu", zakończony wyrokami skazującymi, które dotknęły i jego kuzyna Adama Bienia. Sądził jednak, że i tę sprawę Mikołajczyk jakoś załatwi. Sam miał dosyć ukrywania się. 1 lipca przyszedł do swego domu w Trzciance. Krótko jednak cieszył się jawną wolnością.
Dnia 2 lipca Józef zajął się remontowaniem żniwiarki, gdyż zbliżał się okres żniw. Około godziny 9.00 rano pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa napadli na dom w Trzciance. Bezbronnego Józefa Wiącka aresztowano, wcześniej raniąc go serią wystrzałów z broni maszynowej. Ubowcy chcieli rannego dobić, ale nie dopuścił do tego sowiecki żołnierz. Rozpoczęła się straszliwa gehenna „Jędrusia II". Dokonali tego nie obcy, a Polacy, przedstawiciele młodej władzy w powojennej Polsce. To właśnie oni po postrzeleniu Józefa rozpoczęli rabowanie gospodarstwa na oczach matki staruszki, ojciec już nie żył - zmarł 9 maja 1945 r. Ubowcy zrabowali wszystko - cały inwentarz żywy, wozy, pościel, meble, nawet beczkę do kapusty.
 
Porucznik Sowa więziony był w Sandomierzu, a następnie w Kielcach. Ubowcy nie oszczędzili mu żadnych cierpień. To, że przeżył ten straszliwy czas, zawdzięczał przede wszystkim żołnierzom sowieckim i Rosjance tłumaczce, która przedstawiła prawdziwy przebieg aresztowania Wiącka sowieckiemu oficerowi. Tortury, jakie stosowane były wobec wojennego bohatera przez ubowców, którzy przecież byli Polakami, na pewno spowodowałyby śmierć, gdyby nie wspaniała postawa dr Dobkiewicza i jego żony oraz personelu sandomierskiego szpitala.
 
Dowódcy „Jędrusiów" postawiono najcięższe zarzuty, a więc, że współpracował z Niemcami, że mordował Żydów i że w ogóle był groźnym bandytą. Mimo tych oskarżeń został zwolniony z więzienia w kwietniu 1946 roku. Powrócił do domu, zajął się pracą na roli. We wrześniu ożenił się z Heleną Hołocińską z pobliskiego Szwagrowa, którą darzył uczuciem dużo wcześniej, ale wojna i aresztowania po zakończeniu działań wojennych nie pozwalały na zawarcie związku małżeńskiego.
W listopadzie 1946 roku Józefa Wiącka ponownie aresztowano. Dokonał tego Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa oskarżając prawego człowieka o współpracę z Niemcami. Sąd Okręgowy w Radomiu na sesji wyjazdowej w Sandomierzu wydał werdykt uniewinniający. Prokuratura nie chciała się z tym zgodzić. Dopiero Sąd Najwyższy 27 lipca 1948 roku utrzymał wyrok uniewinniający.
Tragiczne były również powojenne losy zastępcy dowódcy „Jędrusiów", jego brata - Stanisława Wiącka „Inspektora". Został on aresztowany pod fałszywym zarzutem dezercji z wojska, nielegalnego posiadania broni i przynależności do bardzo groźnej bandy. Osądzono go i skazano na karę śmierci, zamienionej na więzienie, z którego wrócił dopiero po dziesięciu latach w 1956 roku. 
Józef Wiącek decyzją Sądu Najwyższego był wreszcie wolny, ale czy w pełni? Ówczesne władze bały się tego spokojnego, skromnego człowieka, bały się legendy „Jędrusiów". Bali się ogromnego autorytetu porucznika Sowy, którym cieszył się wśród ludności ziemi sandomierskiej. Uczynili wszystko, by zmusić go do opuszczenia rodzinnego gniazda, rodzinnych stron.
Wyjechał z żoną i roczną córeczką Anią do Koralewa koło Kętrzyna, niedaleko Gierłoży słynnej z „wilczego szańca" - siedziby Hitlera. W Koralewie znajdowało się duże gospodarstwo rolne przy średniej szkole rolniczej i rachunkowości. Była to pierwsza tego typu polska szkoła na tych terenach. Mieściła się w poniemieckich koszarach. Liczyła około 1200 uczniów. Zdarzało się, że uczniowie mieli po 28 lat, a do szkoły przyszli prosto „z lasu", a często i z bronią. Józef Wiącek otrzymał posadę kierownika gospodarstwa szkolnego. Otrzymał duże mieszkanie w pałacu. W Koralewie przyszły na świat kolejne dzieci - Helena i Janusz. Rodzina cieszyła się, że wreszcie doczekali się pewnej stabilizacji. Niestety, radość była przedwczesna. Mimo, że Józef był bardzo dobrym pracownikiem, to jednak musiał opuścić Koralewo. W styczniu 1953 roku rodzina przeniosła się do Ursynowa. Wiącek, według zasady „najciemniej jest pod latarnią" kierował gospodarstwem przy centrum szkolenia dyrektorów państwowych ośrodków maszynowych i prezesów spółdzielni produkcyjnych. Rodzina miała do swojej dyspozycji cały domek. W pierwszych dniach Józef stwierdził, że będą tu co najmniej 20 lat. Wytrzymał niespełna 10 miesięcy. Do rodzinnej ukochanej Trzcianki, nie mógł wrócić.
 
Jesienią 1953 roku rodzina Wiącków przyjechała do Kwidzyna. Na dworcu nikt na nich nie czekał. Żona z dziećmi i całym dobytkiem została na stacji, a Józef pieszo poszedł do Obór. Wrócił na konnej platformie ze złamanym resorem. Pomocnicze Gospodarstwo Obory przy Technikum Mechanizacji Rolnictwa było mocno zaniedbane. Przed Wiąckiem pracowało tam kilku szefów, ale żaden dłużej nie wytrzymał. Józef Wiącek wytrzymał, chociaż początki były trudne. Mieszkali w kuchni, było zimno. Poprzednik jeszcze się nie wyprowadził. Na wiosnę kupili dwie świnie. Podkarmili, sprzedali, dołożyli i kupili krowę. Żona Helena pracowała w fermie kur i kaczek. W 1959 roku Józef zaczął sprzedawać ziemię w rodzinnej Trzciance. 
 
Trafił w dobrą koniunkturę - w okolicach Tarnobrzegu na coraz większą skalę wydobywano siarkę, cena ziemi wzrosła. W pobliskich Dwikozach rozwijały się Zakłady Przemysłu Owocowo - Warzywnego. Opłacała się uprawa warzyw i owoców, to również wpłynęło na cenę ziemi. Pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży ojcowizny nie zmarnowano. Rozpoczęto w 1961 roku budowę domu w Kwidzynie przy ulicy Karowej.
W Oborach dobrze im się mieszkało. Był tam duży dom z werandą, wokół piękne drzewa, na wiosnę kwitły magnolie. Od pierwszego dnia Józef Wiącek poświęcił cały swój czas gospodarstwu, którym kierował. Był człowiekiem uczciwym i bardzo pracowitym. Zatrudnił swą żonę, a następnie najstarszą córkę Annę jako zootechnika - płacił im najniższe stawki, a wymagał, aby rozpoczynały pracę o godz. 4.00 rano. Twierdził, że rodzinę musi „poganiać" do pracy. Dzisiaj Anna mówi, że Tato miał rację. Jego nauki procentują teraz we własnym gospodarstwie.
 
Józef Wiącek o gospodarstwo w Oborach dbał jak o własny majątek. Z wojewódzkimi władzami walczył o to, by jego pracownicy - traktorzyści i oborowi mieszkali w godnych warunkach. Nie tolerował nierobów i pijaków. Dla niego najwyższą wartością była konkretna praca, a nie pieniądze. Nie uważał siebie za bohatera. Po latach wybaczał nawet tym, od których doznał ogromnych cierpień. Historie swojego życia przekazywał najstarszej córce, ale o „Jędrusiach" mówił niewiele, fragmentarycznie. Dużo czytał, głównie pamiętniki znaczących osobowości, a ulubioną jego postacią literacką był Haszkowy Szwejk. Z czasem zebrał bogaty księgozbiór. Historią zainteresował swe dzieci. Ich gromadka powiększała się, w Kwidzynie urodziła się najmłodsza córka Dorota. Dla młodszego pokolenia Wiącków w historii nie było białych plam. Pamiętał przedwojenną biedę na wsi i pamiętał dążenia swej matki do kształcenia dzieci. On też to czynił. Anna wspomina, że Tato był wspaniały, ale dzieci „tresował". W każdą sobotę sprawdzał zeszyty. Które otrzymało „dwóję" - nie brało udziału w rodzinnych wycieczkach, a był ojciec świetnym organizatorem dziecięcych rozrywek. Czasami śpiewał, rzadko „Jędrusiowi dolę", częściej „Marsz Karpackiej Brygady" lub pieśni Jędrusiowe, które stworzył podwładny szefa Józka - Zbigniew Kabata o partyzanckim pseudonimie Bobo. Dzieci najczęściej słyszały jak Tato śpiewał:
 
„Nie wiem kto modły za tobą posyła,
matka, czy ojciec, czy brat?
Żadna już Ciebie nie wróci nam siła, 
a na mogile uwiądł kwiat."
 
W 1963 roku dom przy ulicy Karowej był gotowy. Z czasem stał się rodzinnym siedliskiem. Przy domu było sporo ziemi - pół hektara, ale Józef się nią nie zajmował. Wszystkie swe siły i czas poświęcił gospodarstwu w Oborach.
 
Wydawać się mogło, że już żadne zło go nie spotka, że prześladowanie, szkalowanie Jędrusiów zniknęło po 1956 roku bezpowrotnie. Otóż nie, jeszcze w końcu lat siedemdziesiątych znaleźli się pseudohistorycy, a wśród nich brylował Stefan Skwarek, autor książki zatytułowanej „Na wysuniętych posterunkach". Skwarek usiłował obrzucić błotem dowódcę Jędrusiów oraz jego partyzantów. Według Skwarka „Jędrusie" byli bandytami. Józef Wiącek wytoczył autorowi tych bzdur proces o zniesławienie i wygrał go. Wyrok został opublikowany w kieleckiej prasie.
 
W 1978 roku nadszedł czas emerytury. Józef bardzo dobrze wyrażał się o panu Pyrce, który zajął jego stanowisko, określał go godnym następcą. Nie stał się jednak bezczynnym emerytem, nadal dokonywał zakupów maszyn rolniczych dla gospodarstw szkolnych w całym województwie. Mijały lata, zmieniła się polityka władz polskich. „Jędrusie" już nie byli bandytami zagrażającymi Polsce. Odzyskali zaszczytne, należne im w historii miejsce. Józef Wiącek, wraz ze swymi dawnymi partyzantami, włączył się w prace, których efektem było upamiętnienie walki „Jędrusiów", a przede wszystkim Władysława Jasińskiego, twórcy „Odwetu" i twórcy oraz pierwszego dowódcy partyzanckiego oddziału „Jędrusiów". Zaczęły powstawać drużyny harcerskie, szczepy, szkoły o imionach związanych z „Jędrusiami".
 
Szef Józek spotykał się ze swoimi podkomendnymi. Najmłodsza córka Dorota mówiła: „Tato pojechał spotkać się z chłopakami." Człowiek niezwykle skromny, pochłonięty pracą, problemami rodzinnymi, nie lubił opowiadać o sobie, o latach wojny. Ale mieszkańcy Kwidzyna znali jego partyzancką przeszłość i szanowali go, cenili właśnie za jego skromność. A On posiadał niebagatelne odznaczenia: Srebrny Krzyż Virtuti Militari, Krzyż Walecznych, Krzyż Partyzancki, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Medal za Udział w Wojnie Obronnej 1939 roku, Medal 40-lecia Polski Ludowej, Medal Zwycięstwa i Wolności. Brał udział w pracy społecznej. Był radnym przez kilka kadencji. Otrzymał także resortowe odznaczenie-Zasłużony Pracownik Rolnictwa. Ostatni raz uczestniczył w akcie poświęcenia sztandaru Szkoły Podstawowej w Gawłuszowicach noszącej imię Władysława Jasińskiego w kwietniu 1990 roku. Był już bardzo chory, ale nie dawał tego poznać po sobie. Zmarł 20 listopada 1990 roku. Dwa dni później dawni partyzanci nad Jego grobem na kwidzyńskim cmentarzu po raz ostatni zaśpiewali Mu Hymn „Jędrusiów":
 

Przetłumacz Witrynę

Polish English French German Hungarian Latvian Lithuanian Russian Ukrainian

Użytkownik

Biuletyn "ODWET" nr 24-25

Nowości Filmowe

stat4u