foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Byłaś radością i dumą


Zamiłowanie do wojska łączył Zbigniew Kabata z zamiłowaniem do morza i wszystkiego co z morzem związane. Swoją przyszłość widział jako służbę oficera marynarki wojennej. Morskie zamiłowania umocnione poprzez aktywne członkostwo w Lidze Morskiej i Kolonialnej, kursy żeglarskie, szkutnictwo, zawody wodniackie, a także dwutygodniowy rejs do Szwecji w sierpniu 1939 r. na pokładzie szkolnego szkunera harcerstwa morskiego "Zawisza Czarny", zaważyły decydująco na dalszym dorosłym już życiu Zbigniewa Kabaty.
 
Po wybuchu wojny przebywał na wschodnich terenach kraju, które znalazły się pod okupacją sowiecką. Wkrótce ojciec, który zbiegł z niemieckiej niewoli, zdołał przenieść rodzinę na zachód od Bugu, pod okupację niemiecką. Zapewne uchroniło to rodzinę od niechybnej wywózki do syberyjskich łagrów. Tak więc kadet Zbigniew Kabata znalazł się na kielecczyźnie.

Początkowo pragnął przedostać się na Zachód do tworzącej się we Francji Armii Polskiej. Ostatecznie uległ jednak woli ojca, rozważnego, doświadczonego oficera, przekonanego iż właśnie w Kraju będą bardzo potrzebni, oraz ufającego, jak wielu wówczas Polaków, że wojna nie potrwa długo, że Niemcy zostaną wkrótce pokonane przez zjednoczoną potęgę zachodnich aliantów - wielkich mocarstw. Znalazłszy się na nieznanym sobie terenie w Sandomierskiem, musiał Zbigniew Kabata przejść okres aklimatyzacji i adaptacji do nowych warunków, jakie narzucało życie pod hitlerowską okupacją. Obdarzony wielkim talentem literackim i zdumiewającą, wprost fenomenalną pamięcią, rozpoczął spisywanie swoich wspomnień z Korpusu Kadetów. Napisał wówczas także parę opowiadań morskich, przetłumaczył z języka niemieckiego kilka wierszy.

Niemal od początku okupacji ojciec Zbigniewa, kapitan Piotr Kabata, związany był z konspiracją, w której pełnił odpowiedzialne funkcje. Był więc kpt. "Wujek", "Żar" komendantem Podobwodu AK Szydłów (kryptonim "Słonecznik") w Obwodzie Busko (kryptonim "Bór") oraz dowódcą oddziału dywersyjnego tegoż podobwodu.
Po okresie aklimatyzacji Zbigniew Kabata nawiązał kontakt z konspiracyjną grupą "Odwet", dowodzoną przez Władysława Jasińskiego "Jędrusia", skupiającą głównie patriotyczną, harcerską młodzież gimnazjalną z Tarnobrzega i okolic. Rozpoczął wówczas pracę w redakcji podziemnego pisma "Odwet". Był współredaktorem tego pisma, drukarzem, kolporterem, członkiem ochrony, organizatorem sieci kolporterskiej na terenie Ostrowca Świętokrzyskiego i powiatu iłżeckiego. Był autorem artykułów, wierszy, wspomnień z akcji partyzanckich. Powstało wówczas wiele jego piosenek partyzanckich. Był również współautorem broszury Nie zdobi nas mundur. Używał pseudonimu "Bobo" być może nadano mu go ze względu na jego wyróżniającą, chłopięcą urodę? W środowisku nowych kolegów przyjął się szybko i łatwo. Od najmłodszych lat wychowywał się bowiem poza domem rodzinnym, wśród ludzi, w szkole wojskowej.

Wychowanie w rodzinnym domu i w Korpusie Kadetów wyrobiło u "Boba" takie wartości charakteru, jak: pracowitość, zdrowa ambicja, inicjatywa, wytrwałość, poczucie odpowiedzialności, energia w działaniu, umiejętności organizacyjne, sumienność, a nade wszystko śmiałość w podejmowaniu decyzji, brawurowa odwaga, koleżeństwo, bezgraniczne oddanie i poświęcenie. Te właśnie wartości sprawiły, że cieszył się wśród kolegów i przełożonych wysokim autorytetem osobistym.

W konspiracji początkowo posługiwał się "Bobo" nazwiskiem Edward Czekaj, następnie "lipnymi" dokumentami na imię i nazwisko swego serdecznego przyjaciela z Korpusu Kadetów, Jerzego Domańskiego - "Szkunera", z którym łączyły go morskie zamiłowania. Po wielu latach tak o tym napisał: "Chciałem w ten sposób podkreślić naszą przyjaźń, którą nam los ukradł". Używał tych dokumentów przez parę lat. W wielu krytycznych momentach były ratunkiem i pomocą. Dzięki nim codziennie pamiętał o swym przyjacielu.

Wkrótce z grupy "Odwet" wyłonił się samodzielny Oddział Partyzancki "Jędrusie", pierwszy w Kraju po Oddziale Wydzielonym WP majora Henryka Dobrzańskiego "Hubala". Początkowo "Jędrusie" byli oddziałem niezależnym, nie podporządkowanym żadnemu ośrodkowi politycznemu lub dowództwu wojskowemu. Być może dlatego określany był przez niektórych powojennych historyków jako "elitarny". Jeśli wziąć pod uwagę wiek, poziom wykształcenia członków oddziału, ich zasady moralno-etyczne, walory ideowe, samodyscyplinę nie narzuconą przez nikogo z góry (nie do pomyślenia było picie alkoholu, arogancja, grubiaństwo), to można by to określenie "elitarny" przyjąć za słuszne. Wkrótce Oddział Partyzancki "Jędrusie" podporządkował się Armii Krajowej.

W czasie swej służby w oddziale "Jędrusiów" "Bobo" uczestniczył w wielu głośnych, brawurowych akcjach, wśród których były dwa uderzenia na hitlerowskie więzienia, w celu uwolnienia aresztowanych. Pierwsze uderzenie na więzienie w Opatowie (12 marca 1943 r.) uwolniło 55 więźniów, drugie - na więzienie w Mielcu (29 marca 1943 r.) przyniosło wolność 136 więźniom. W obu tych akcjach znajdował się "Bobo" w ścisłej grupie uderzeniowej, wyróżniając się opanowaniem i wyjątkowym bohaterstwem. Brał również "Bobo" udział w akcjach dywersyjnych, w likwidacji gestapowskich szpicli, w walkach z żandarmerią. W każdej z tych akcji ten bohaterski chłopak wyróżniał się wielką odwagą i poświęceniem. Do jego najbardziej brawurowych, indywidualnych akcji należy między innymi wykonanie w dniu 24 października 1943 r. wydanego przez sąd Polski Podziemnej wyroku śmierci na agencie gestapo. "Bobo" wykonał ten wyrok w Sandomierzu, podczas przerwy w meczu piłkarskim, na pełnym Niemców stadionie. Był to akt niezwykłej brawury i bohaterstwa.
Oprócz walki "Jędrusie" kontynuowali naukę. W listopadzie 1943 rozpoczęto w oddziale nauczanie i przygotowanie do tzw. "małej matury". Rozpoczęła również zajęcia zorganizowana przez dowództwo podchorążówka. Obie szkoły, zarówno ogólnokształcąca jak i wojskowa, kształciły swych uczniów możliwie najstaranniej, jak tylko na to pozwalały konspiracyjne warunki. Podchorążówkę ukończył "Bobo" z pierwszą lokatą i otrzymał awans na stopień plutonowego podchorążego.

Po scaleniu z Armią Krajową, "Jędrusie" stanowili 4 kompanię II batalionu 2 Pułku Piechoty Legionów AK. Pułk wchodził w skład 2 Dywizji Piechoty Legionów AK, która wraz z 7 dywizją stanowiła Kielecki Korpus Armii Krajowej.
Wiosną 1944 roku dowódcą III plutonu (ckm) w 4 kompanii został podporucznik "Bobo".

W latach 1942 -1944, walczył "Bobo" w niemal wszystkich akcjach bojowych "Jędrusiów", a następnie 2 p.p.Leg. AK. Od lipca 1944 r. walczył w ramach operacji "Burza", "Deszcz", "Zemsta" w bitwach pod Radoszycami, Radkowem i innych. 25 lipca 4 kompania zlikwidowała wycofujące się z Biłgoraja starostwo niemieckie. Zdobyto broń i 30 wozów taborowych z dobytkiem, bez strat własnych. 28 lipca 1944 kompania "Boba" stoczyła walkę na szosie Osiek-Staszów, w Turskim lesie. Zaatakowano grupę wyższych oficerów kontrwywiadu ze sztabu 4 Armii Pancernej. Zlikwidowano 8 niemieckich oficerów. Zdobyto broń oraz plany frontowych fortyfikacji, nie ponosząc strat własnych. 27 listopada 1944 r. zdążając w pojedynkę na melinę, znalazł się "Bobo" w beznadziejnej sytuacji zagrożenia życia. Zatrzymany pod lufami czterech żandarmów koło Żarnowca. podjął samotną walkę. W obronie życia zastrzelił niemieckiego oficera, podoficera i dwóch szeregowych. I znów był to akt najwyższego bohaterstwa!

Za bohaterską postawę w walkach ppor. "Bobo" rozkazem Dowódcy Sił Zbrojnych w Kraju odznaczony został Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, oraz dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Jest również odznaczony trzykrotnie Medalem Wojska, Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Partyzanckim, Złotym Medalem Za Zasługi Dla Obronności Kraju.
 
* * *

W czasie swej partyzanckiej służby ppor. "Bobo" napisał szereg wierszy i piosenek, które śpiewane były nie tylko przez "Jędrusiów" i inne oddziały AK i BCh, ale również przez ludność miasteczek i wsi regionu.
Dzieje grupy "Odwet" i oddziału "Jędrusie" opisuje w swych książkach autor bardzo kompetentny: Eugeniusz Dąbrowski - kpt. "Genek", jeden z najstarszych stażem członków Tajnej Organizacji "Odwet", a następnie partyzant oddziału "Jędrusie". Jego książki to: Szlakiem Jędrusiów (wyd. II I, TEXT, Kraków 1992, poprzednie I i II, PAX, 1966 i 1967) oraz książka Bez broni (wyd. I, PAX, 1966; wyd. II, PAX, 1990). Jest również Eugeniusz Dąbrowski autorem kilkudziesięciu artykułów poświęconych dokonaniom, dziejom i losom "Jędrusiów", publikowanych w wielu pismach. W swych książkach i artykułach wiele miejsca poświęca roli jaką odegrały wiersze i piosenki "Boba". W książce Niech wiatr ją poniesie (Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1970) innego żołnierza oddziału "Jędrusie", Tadeusza Szewery ps. "Tadek Łebek", znaleźć można również teksty i nuty piosenek "Boba", a także okoliczności ich powstania i znaczenie.
 
***

Nadszedł koniec wojny.
Przyniósł jednak natychmiast aresztowania, tortury, wywózki na Wschód, na Syberię, mordowanie żołnierzy Armii Krajowej. Taki los spotkał również wielu "Jędrusiów". Kapitan "Wujek" - Piotr Kabata - ojciec "Boba", aresztowany we wrześniu 1944 roku, wywieziony został w głąb Rosji, gdzie był więziony przez 3 lata. W roku 1949 został aresztowany ponownie przez UB, skazany na śmierć, następnie ułaskawiony. Wolność odzyskał dopiero w lipcu 1956 roku.

Trwał krwawy terror.
PKWN (polscy komuniści - wyrzutki narodu) na usługach swoich sowieckich mocodawców, razem z nimi organizowali obławy, "kotły", aresztowania, sfingowane procesy sądowe kończące się wyrokami śmierci, bezterminowym, lub wieloletnim więzieniem. Stosowali nieludzkie tortury wymuszające fałszywe samooskarżenia, przyznawanie się do niepopełnionych czynów. W jednej z obław na żołnierzy AK przeprowadzonych przez NKWD i UB, został ciężko ranny i pojmany ppor. Józef Wiącek - "Sowa", "Kleszcz" - dowódca "Jędrusiów". Ppor. "Bobo", kiedy się o tym dowiedział, postanowił ratować swojego dowódcę.
Zdobył się na szalony, zuchwały, wprost samobójczy wyczyn: Poszedł upomnieć się o los swego dowódcy wprost do "jaskini lwa" - do siedziby UB w Sandomierzu. Kiedy go poprosiłem o opis tego wydarzenia napisał mi co następuje:

Drogi Leszku. jak obiecałem wysyłam Ci na chybcika napisane sprawozdanie z mojej niemiłej wizyty w UB. jest w dużym skrócie, ale oddaje wszystkie zasadnicze szczegóły.
Na początku lipca 1945 r. (o ile pamiętam było to 2 lipca) nasz dowódca, "Szef - Józek", wpadł w ręce bezpieki, ciężko ranny, w czasie obławy na wieś Ossala i okolicę. (Mówiono, że rannego przywiązali do konia i wlekli po błocie spory dystans do stanowiska dowódcy obławy, ale nie mogę tego potwierdzić) . Parę dni później Szef zaczął wysyłać przez ubeków na nasze skrzynki, listy wzywające nas do złożenia broni i ujawnienia się. Po naradzie postanowiliśmy wysłać do komendy powiatowej UB w Sandomierzu "parlamentariusza", z dwu powodów
1. Zyskać na czasie, aby mieć możność zniknięcia z terenu Sandomierszczyzny, intensywnie penetrowanego przez bezpiekę.
2. Wytargować dla Szefa warunki leczenia ran. (Według naszych wiadomości leżał w piwnicach bezpieki, bez opieki lekarskiej).
Nie pamiętam już dlaczego właśnie ja zostałem tym "parlamentariuszem". Do bezpieki, do Sandomierza udałem się z "bazy wypadowej" w Dołach Michałowskich, gdzie gospodarzył na resztówce nasz przyjaciel, Jasio Dunin-Wąsowicz, na rowerze od niego pożyczonym.

Bezpieka urzędowała w gmachu dawnego seminarium duchownego. Zaprowadzono mnie do gabinetu komendanta, rosyjskiego Żyda kpt. Wołkowa*. (Późniejszy reorganizator UB na Lubelszczyźnie i krwawy kat żołnierzy AK. Przyp. L. K.) Siedząc przez biurko od niego prowadziłem z nim długą i bardzo cywilizowaną rozmowę, w której brało żywy udział kilku innych ubeków, łącznie z jego zastępcą, bardzo opryskliwym Polakiem o rosyjskim akcencie. Rozmowa (w bardzo dużym skrócie) toczyła się jak następuje : Dlaczego siedzicie w lesie? Przecież wojna się skończyła i partyzantka nie ma już żadnego sensu. Na to ja : A jest sens w obronie własnej? Nie mamy ochoty jechać "na białe niedźwiedzie", przecież wywozicie akowców na Sybir. Nic podobnego, to kłamstwo.
Na to inny wtrąca się: Cicho, cicho, bywało i tak.
Jaki jest wasz cel? Chcecie nas pobić? Tego nigdy nie będzie. Ale gdybyście nas nawet pobili, to wezwiemy na pomoc wojsko. Też chcecie je pobić? A jeżeli nawet pobijecie, to wezwiemy na pomoc armię czerwoną. ,ą też chcecie pobić? Nonsens. Zachowujecie się jak ten królik, który kładzie głowę na szynie i chce zatrzymać pociąg.
W końcu miałem tego dość. Powiedziałem, że nie przyjechałem tu na polityczne konferencje, ale na wezwanie mojego dowódcy. Jestem tu tylko dlatego, aby się z nim zobaczyć i usłyszeć od niego to, co pisał w listach do nas. Zastępca-oprych podskoczył do mnie z pięściami, ale Wołkow go uspokoił: Potisze, potisze, pusz jemu budżet. Zaprowadzili mnie całą zgrają do lochów i wpuścili do piwnicznej izby, gdzie leżał na wiązce słomy Szef.
Był w gorączce, miał zapadłe oczy, był zarośnięty, brudny. Biodro miał przewiązane zakrwawionym łachem. Zatrzęsło mną. Uklęknąłem przy nim i zapytałem go czy potwierdza to, co napisał w listach. Kiedy powiedział, że tak, zwróciłem się do ubeków i powiedziałem : On musi tak mówić, bo wy tu jesteście. Chcę z nim rozmawiać bez świadków. Znów wybuch złości opryskliwca, i Wołkow : Potisze, nie szumi, gust gawariat. Wyszli z piwnicy.
 
***

W swojej książce "Żelazny" kontra UB, Henryk Pająk pisze o Wołkowie: Po kilku latach, po spełnieniu swej odpowiedzialnej misji został odwołany do Rosji, a potem, kiedy po latach będą podejmowane próby powołanie go na świadka okaże się, że major Wołkow zniknął, nie istnieje, zapewne był tylko złudzeniem swoich ofiar.
Sprawdziwszy, że nikt pod drzwiami nie podsłuchuje znów uklęknąłem przy Szefie. Rozmowa z nim była dość krótka. Szef stwierdził, że nie jest już naszym dowódcą, będąc w rękach nieprzyjaciela. Nie może nam wydawać rozkazów. `ego zdaniem jednak, gdybyśmy się zdecydowali ujawnić, to nas z miejsca nie zamkną. Zbyt wielka to dla nich propagandowa gratka. Ale - ciągnął jeżeli zdecydujecie się ujawnić, nie oddawajcie im wszystkiej broni. Kilku najbardziej zaufanych niech ją zamelinuje. Mówił, a z oczu po zarośniętych policzkach ciekły mu łzy. Ostatni odruch powalonego wojownika. Miałem "ogryzek" w gardle. Po dziecinnemu pogłaskałem go po twarzy. Rozmowa skończona. Wyprowadzili mnie i znów poszliśmy do gabinetu Wołkowa. Zapytał czy bym się czegoś nie napił. Piwa chętnie. Posłał kogoś do miasta po piwo. Tymczasem zacząłem go "bajerować", mówiąc, że nie mam prawa nikomu rozkazywać, ale przekażę chłopcom wiadomości od Szefa i jego rady, aby się ujawnić. Tylko że to potrwa parę dni, bo ta obława bardzo nas rozproszyła. Proponuję więc zawieszenie broni na cztery-pięć dni. Oczywiście liczyłem na to, że za pięć dni nikogo z nas w terenie już nie będzie. Powiedziałem też, że jako znak dobrej woli powinni przenieść Szefa do szpitala:
Zjawiło się piwo. W pewnej chwili usłyszałem za plecami wystraszony głos jednej z naszych dziewczyn - "Skrzynek" z Janowic, gęsto tłumaczącej, że o niczym nie wie. Odwróciłem się i spojrzałem na nią obojętnie, nie zdradzając się z tym, że ją znam. Wołkow skinął głową i kazał ją wyprowadzić. Później dowiedziałem się, że została zwolniona. Wreszcie Wołkow - dżentelmen zaproponował, abym u nich zanocował, bo jest już późno. Oczywiście zrezygnowałem z propozycji i uścisnąwszy podaną mi rękę Wołkowa wyszedłem za bramę, przeprowadzony przed szpalerem przyglądających mi się ubeków. Wyskoczyłem z Sandomierza jakby mnie diabeł gonił (może i drań gonił) .
Szefa przewieźli do szpitala, ale nie mogę twierdzić, że było to spowodowane naszą interwencją.
Dowiedziałem się potem, że sandomierscy ubecy pochwalili się depeszą do swoich przełożonych w Warszawie, że "mają Jędrusiów". Można sobie wyobrazić, co o mnie pomyśleli, kiedy okazało się, że mają rufę do wiatru: Gdyby mnie schwycili, miałbym bez pudla "kęsim".
Ich reakcję oddaje list Szefa napisany do mnie wiele lat później.

(Kopia tego listu znajduje się w moim posiadaniu przyp. L. K.)
 
Oto wyjątki z niego  
 
Obory, 12 marca 1957

Kochany Zbyszku.
... Ostatni raz, gdy widzieliśmy się, byłem w takim stanie, że zdawało się, że nigdy już więcej się nie zobaczymy, ani pisał do Ciebie nie będę. Chęć życia była jednak silniejsza, no i wyleczyłem się i nawet nie jestem kaleką. Muszę Ci przy okazji nadmienić, jakie straszne zrobiło wrażenie na tych oprawcach Twoje zjawienie się tam. Później stawiali Ciebie za wzór tej swojej pijanej bandzie, jak Ty się znalazłeś. Zrobili przy tym odkrycie, że : (wyrażę się ich słowami) "Byliśmy głupi. Był w naszych rękach i puściliśmy go. ,deszcze oddaliśmy mu rower". Uniknąłeś wtedy może największego niebezpieczeństwa. A może kalectwa, lub śmierci . . . Ściskam Cię serdecznie
Józek


Czytając ten list trudno zrozumieć co bardziej wyrzucali sobie ubeccy oprawcy. Czy bardziej chodziło im o rower, czy o uwięzienie "Boba". Cóż. Typowo bolszewicka reakcja.

Po "wizycie" "Boba" w sandomierskiej bezpiece i jeszcze paru innych wydarzeniach, zawisło nad nim śmiertelne niebezpieczeństwo.

Zagrożony aresztowaniem przez UB, a nawet utratą życia, zmuszony był uchodzić z Polski. Kierował się nakazem regulaminu, mówiącym o tym, że obowiązkiem żołnierza, którego oddział przestał istnieć, jest dołączyć do innego, jeszcze istniejącego. Regularne jednostki Wojska Polskiego stacjonowały w północnych Niemczech i we Włoszech. "Bobo" wyruszył na Zachód, przez "zieloną granicę", wraz z kapitanem Leonem Torlińskim - "Kretem", "Czesławem".

Kapitan "Kret" był od maja 1942 r. do lipca 1943 r. zastępcą komendanta Obwodu Sandomierskiego AK, pełniąc równocześnie funkcję szefa referatu II (wywiad i kontrwywiad). Od lipca 1944 r. w okresie odtwarzania Sił Zbrojnych, kapitan Torliński był oficerem operacyjnym 2 Dywizji Piechoty Legionów AK. Między kpt. "Kretem" a ppor. "Bobem" zawiązała się prawdziwa, wielka, męska przyjaźń, która przetrwała do dziś.

Po dotarciu do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech ppor. "Bobo otrzymał od ekspozytury Oddziału II Sztabu Armii Polskiej, zadanie rozpoznawcze do wykonania w Polsce. Wyjechał do Kraju i po wykonaniu zadania, z pewnymi przygodami ponownie przedostał się na Zachód. Gdyby pozostał w Kraju, będąc śmiertelnie zagrożony, jest rzeczą pewną, że przy jego głębokim patriotyzmie i wielkim temperamencie bojowym, na pewno nie siedziałby z założonymi rękami, ale dołączył do niepodległościowego podziemia.

W konsekwencji szybko nie byłoby go wśród żywych. Uchodząc z Kraju liczył "Bobo" na to, że wkrótce powróci w zwartych szeregach Wojska Polskiego, lub na spadochronie, jak jeszcze niedawno wracali cichociemni.
 
* * *
Po dotarciu do Włoch ppor. Zbigniew Kabata został dowódcą plutonu strzeleckiego w 4 kompanii I Batalionu Strzelców Karpackich (sławne "Szczury Tobruku"). Podczas ćwiczeń w Italii złamał obojczyk, a później również podczas ćwiczeń z użyciem ostrej amunicji (kurs szturmowy, Servigliano) został ranny odłamkiem granatu moździerzowego i spędził pewien czas w szpitalu w Anconie.

W czasie służby we Włoszech (m.in. Rimini, Pesaro) w wolnych chwilach robił wypady łodzią na Adriatyk. W tym czasie powstało wiele pięknych opowiadań. Spisywał także swój pamiętnik. Po zakończeniu okupacji Włoch został wraz z jednostkami 2 Korpusu przeniesiony do Anglii.

 

Przetłumacz Witrynę

Polish English French German Hungarian Latvian Lithuanian Russian Ukrainian

Użytkownik

Biuletyn "ODWET" nr 24-25

Nowości Filmowe

stat4u