foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Szkic biograficzny

Ojczyzna się zaczyna od tych pierwszych szlaków
mozolnie przez pokoju długość przepełzanych,
od woni pierwszych kwiatów, pieśni pierwszych ptaków,
od poznawania ludzi dotychczas nieznanych.
Idzie z tobą do płotu, do parku, do stogu,
rozciąga się na pole lub sklepik na rogu.
Ojczyzna rośnie z tobą, nabiera kolorów
gdy poznajesz z nazwiska wszystkich na ulicy,
gdy rozróżniasz miejscowe prawdy od pozorów,
gdy już nie ma dla ciebie żadnej tajemnicy
w tym co ciebie otacza, gdy spokojnie wierzysz,
że twoje miejsce jest właśnie tu, że należysz.
Z pomiędzy szkolnych książek zbrukanych okładek
dodajesz do ojczyzny co przed tobą było.
Wiesz już czemu moskiewski mundur nosił dziadek,
wiesz kto leży pod wielką za lasem mogiłą.
Tak jak rosła w przestrzeni, teraz rośnie w czasie
twa ojczyzna, twój obóz na ziemskim popasie.
I zanim się spostrzeżesz, zanim dorozumiesz,
miłość do stron rodzinnych zatrzaśnie kajdany.
Już jak ryba bez wody żyć bez nich nie umiesz,
jesteś glebae adscriptus, z ziemią powiązany.
Zapuściłeś w ojczyznę chwytliwe korzenie
 i nic ich już nie wyrwie, nic cię nie wyżenie.
 
* * *
 
Sięgam w przeszłość daleką wspomnieniem nieśmiałym,
szukam myślą niepewną mej rodzinnej chaty,
lecz widzę tylko siebie, na zdjęciu spłowiałym
siedzącego na łóżku przed kilimem w kraty.
Długie włosy, pyzate, dziecinne oblicze
i sylaby bez treści – wioska Jeremicze.
 
(…)
 
Świat dokoła mnie rosnął jak olbrzymie ciało,
dumną głowę, którego tworzył wódz naczelny,
a członki różne bronie. Wszystko we mnie miało
cel jedyny. Wiedziałem, że jakkolwiek mierny,
istnieć mogę jedynie jako cząstka armii.
Tym pewnikiem mój cały świat mnie co dzień karmił.
Być w tym ciele komórką, być cegiełką w murze,
za którym naród żyje wolny i bezpieczny, 
 
 
dokonać dni żywota w sukiennym mundurze,
ostrzony i hartowny jak miecz obosieczny –
taką widziałem drogę mego przeznaczenia,
na takiej kanwie snułem dziecinne marzenia.
(…)
Przebłyskują w pamięci miasta, lasy, pola,
Miodobory, skaliste za Buczaczem groty,
zamczyste krajobrazy złotego Podola,
nad Strypą rozłożone harcerskie namioty,
a potem świst pociągu, który z KOP-u niesie
na północ, do trzydziestej dywizji, w Polesie.
 
(…)
 
Każdy chłopiec w tym wieku morzem się zachwyca,
żegluje wyobraźnią w palmowe atole,
jest dzielnym synem słońca i bratem księżyca,
śmieje się w oczodoły czaszkom na cokole.
Większość jednak powraca do rodzinnych klanów,
codziennego porządku i rozsądnych planów.
Ja zostałem. Pomimo wszystko, w mej naturze
leżał opór przeciwko stadowości życia.
Ani komórką w ciele, ani cegłą w murze
być podświadomie nie chciałem. Tak więc z ukrycia
własnych najcichszych marzeń szukałem miraży,
które witały oczy samotnych żeglarzy.
Bo i to było ważne, że za tamtą bramą
nie wlokły się za mymi żadne inne kroki,
że byliśmy tylko ja sam i morze samo
i słońce nad falami i nocne omroki
i przestwór, w którym myśli zuchwałe młokosa
szumiały jak potężne skrzydła albatrosa.
 
(…)
 
Przez moje zwiewne sny o żaglu i o szpadzie
zaczęła się nieśmiało nić przesnuwać nowa.
Ukryta w cieniu, który niedojrzałość kładzie,
zaczęła się rozwijać we mnie magia słowa,
obsesja, która każe cyzelować w zdania,
jak w kolię, diamentowe okruchy poznania.
Jak zielarz szukający korzeni i kwiatów
rozglądać się zacząłem wśród mowy podszycia,
szukając w niej paszportu do najdalszych światów
i klucza do najgłębszej tajemnicy życia.
Znalazłem w słowach skryte harfy i pioruny
i cichy stukot serca i pożarów łuny. 
 
Zrozumiałem, że słowem można się podzielić
z człowiekiem, co wiekami od nas oddzielony,
słowem można zasmucić, słowem rozweselić,
słowem wydźwignąć gmachy i strącić korony.
Siłą słowa, nie mniejszą sile dynamitu,
wywalić można drogę do każdego szczytu.
(…)
Bo właśnie polski język światy mi otwierał,
drogi ze mną przemierzał, przekraczał granice,
sprawiał, że Polską była dla mnie Samosierra
tak samo jak Zadwórze i Maciejowice,
że Zwrotnik Koziorożca i las tropikalny
były dla mnie tak swojskie jak pokój sypialny.
 
(…)
 
Pociąg zawróciłem, bieg czasu zignorowałem,
o dzieciństwie mym chyba nic więcej nie powiem.
Dzieckiem być przestałem, gdy przyjęty zostałem
do Pierwszego Korpusu Kadetów we Lwowie.
Pisałem „Pierwszego”, a myślałem „mojego”.
Jakże innym człowiekiem byłbym dziś bez niego!
Lat przeszły dziesiątki. Siedmiomilowym krokiem
czas bieży, jak za oknem pociągu topole,
Rok za kilometrem i kilometr za rokiem.
Nic nie szkodzi. Pamiętam: MENS AGITAT MOLAM,
łaciński napis co znaczył: Myśl porusza głaz.
Dziś wiem, że myśl tak samo może skruszyć czas.
Znów wchodzę do korpusu przez żelazną bramę
pod łukiem słonecznego kadeckiego godła.
Portierka, park sosnowy, wszystko takie samo.
Aleją, co pod murem do budynku wiodła,
znów zakręcam na lewo wzdłuż frontowej ściany.
Chrzęści pod młodym krokiem żwir świeżo sypany. 
 
(…)
 
Poranek był wilgotny, jak to w listopadzie.
Karabiny leżały w długim prostym rzędzie.
Batalion stał na placu w pełnym swoim składzie.
Uroczystość. Przysięgnij, że broni tej będziesz
gotów użyć, lecz tylko w ojczyzny obronie.
Łaknęły zimnej stali moje krewkie dłonie.
Daleko był ode mnie ów mistrz polskiej mowy
co karabinem kazał rżnąć o bruk ulicy,
Tuwim, pisarz natchniony, piewca lewicowy.
Dla mnie wezwania jego były po próżnicy.
Cały wsłuchany byłem w szept: Mój synu,
gdy pierwszy raz przygarniesz uchwyt karabinu,
dołączysz do szeregu co ginie w wieczności
i wraca echem pieśni o Bogurodzicy.
Zapomnisz dla mnie szczęścia, zapomnisz miłości,
odgrodzisz się od świata kurtyną przyłbicy,
pójdziesz drogą, co wiedzie przez kolczaste druty,
wciąż słysząc wewnątrz siebie mój szept, mgłą zasnuty.
 
(…)
 
Nie pomógł mój karabin, kiedy trzeba było
stawić czoła potędze stalowych zagonów,
lecz jednego dokonał: uzbroił mnie siłą,
której nie da się zliczyć ilością baonów,
która nigdy nie ugnie się pod klątwą klęski
i w ciemność najciemniejszą śle promień zwycięski.
A jednak rwący potok kadeckiego bytu
nie zgłuszył we mnie echa potężnej tęsknoty,
co szuka żagli białych i nieba błękitu
i fali, w której słońce łamie promień złoty.
Czas było chwiejny pokład dawnego marzenia
przejechać zgrzebną szczotką zadośćuczynienia.
Czas było iść na morze, wywołać na jawę.
żywioł co długie lata istniał tylko we mnie,
i rzeczywistość wyzwać na walną rozprawę.
Potem albo na zawsze odsunąć ode mnie,
jak dziecinne fantazje, myśli o przygodzie,
albo zacząć planować mą przyszłość na wodzie. 
 
Okazja się zdarzyła na „Zawiszy Czarnym”,
małym szkolnym szkunerze harcerstwa morskiego,
co na zawsze się związał z dziś już legendarnym
nazwiskiem kapitana swego, Zaruskiego,
który moim dniom młodym był jak symbol żywy,
bo i w armii generał i zejman prawdziwy.
(…)
Tu znowu wątek urwę, bo czuję że gdaczę,
kiedy chciałbym rozebrzmieć jak harfa eolska,
bo pióro mam nie mewie, a po prostu kacze,
bo ciężka i zgnuśniała we mnie mowa polska,
bo moje nieporadne, koślawe wyrazy
ścigają nadaremnie tęczowe obrazy.
W jakich słowach zabłyśnie migotliwa, długa,
ciągnąca się od statku po brzeg widnokręgu,
srebrem inkrustowana księżycowa smuga?
Jak mi znaleźć sam środek mistycznego kręgu,
gdzie wytarte miedziaki mej ubogiej mowy
zmieni alchemia słowa w kruszec księżycowy?
Jakiej muszę dosięgnąć semantycznej dali
aby znaleźć wyrazy, które się ułożą
w łabędziowe wygięcie dziobem ciętej fali
i w miliony fal obłych morzem się pomnożą,
wiatrem się rozigrają, w linach rozśpiewają?
Nie dosięgnę. Bezsilnie dłonie opadają.
 
(…)
 
Po złotym czasie lata idzie rdzawa jesień
i nie ma w tym zupełnie nic nadzwyczajnego,
ale po tamtym sierpniu przyszedł taki wrzesień,
jakiego jeszcze nigdy w historii polskiego
narodu nie było. Przyszedł wrzesień żagwiący,
trzydzieści dni zagłady w zanadrzu niosący.
 
(…)
 
Zawalił się mój świat, zawaliła się rozbita
ufność i pewność siebie. Pod obuchem gromu
w odłamki prysła armia i Rzeczpospolita,
jedyne stałe zręby rodzinnego domu.
Pozostał wstyd, gryzący wstyd, że nie walczyłem,
że ani razu – lwowski kadet – nie strzeliłem. 
 
 
Więc to już koniec? Więc już a zawsze minęła
tak o której latami śpiewaliśmy dumnie
że póki my żyjemy – jeszcze nie zginęła?
Nie wszyscy wyszli z Kocka w jenieckiej kolumnie.
Płyną w eter sygnały gdzieś z francuskiej dali,
a nocą grzmią kopyta szwadronu ,,Hubali”.
 
(…)
 
Stopniały wielkie śniegi pierwszej, srogiej zimy.
Z dnia na dzień słuchy szły, że już słoneczko wyżej,
że coraz bliżej dzień o którym ciągle śnimy,
że bliżej koniec wojny, że Sikorski bliżej.
Przędąc epiczne sny w niedowarzonej głowie
siedziałem u mych dziadków, we wsi Józefowie.
 
(…)
 
O stajanie był las, zielona, szumna ściana,
echami oddająca rzucane w nią głosy.
Słońce sosny złociło od samego rana
i palcami długimi wiatr czesał im włosy.
Białe strzępy obłoków, jak klucze żurawie,
przeglądały się, lecąc, w zapuszczonym stawie.
Błądziłem szachownicą duktów po tym lesie,
na wolność się przeniosłem, do kraju mych marzeń.
Czekałem niecierpliwie co mi los przyniesie,
głodny akcji i życia i nieznanych wrażeń.
Nie przypuszczałem jednak, że symbolem czasu
zostanie dla mnie zawsze poszum tego lasu.
 
(…)
 
Przez śniegi drugiej zimy brnąłem niecierpliwie,
po dziczych chodząc tropach leśnymi duktami.
Przesiąkłem pieśnią lasu jak sosen igliwie.
Wchłonął mnie las, obrosłem korą i pnączami.
Minęła zima, wiosna przemknęła skrzydlata,
aż wreszcie doczekałem się drugiego lata.
I wtedy właśnie z lasu wyjechał rowerem
człowiek biednie ubrany, w drewniakach na nogach,
i powiedział zwyczajnie, że jest kolporterem
i że „Odwet”1
rozwozi po pylistych drogach.
Do dziś pamiętam mrówki pełznące wzdłuż grzbietu,
gdy pierwszy raz czytałem stronice „Odwetu”.
 
(…)
 
Odkryła się przede mną w jednym okamgnieniu
prawda, że walczyć można także i bez broni,
że można być żołnierzem w cywilnym odzieniu,
w masce, która od wrogich oczu mnie osłoni,
tak walczyć jak Almanzor, podstępnie i skrycie.
W tym momencie wkroczyłem w me podziemne życie.
W pobliżu środka Polski jest taka kraina,
co z wszystkich krajobrazów które we mnie drzemią
najczęściej się ściśnięciem serca przypomina.
Tą w sidliska pamięci przychwyconą ziemią,
ciągnącą się od Wisły do Gór Świętokrzyskich,
biegną drogi spraw dawnych, a wciąż jeszcze bliskich.
Sandomierz – miraż szczęścia w Rynkowej ulicy,
gdzie rzeczywistość biła ciężkimi butami
za oknem, a z pokoju starej kamienicy
widziałem krople deszczu pełznące drutami.
Stało tam martwe drzewo, czarne i bezlistne,
a w piosnce chryzantemy czekały złociste.
Za miastem, obok koszar, był stadion sportowy.
Tam kiedyś mi wypadło zastrzelić człowieka.
Tam kulę wpakowałem w kudłaty tył głowy
I nawet mi nie drgnęła ręka ni powieka.
Poprzez kaskady czasu pamięć ciągle świeża
wiąże deszcz, śmierć i kwiaty w wizję Sandomierza.
Poza łanami sypko szumiącej pszenicy
zobaczysz płaskie szczyty niskiego kościoła
i zanim się obejrzysz jesteś w Koprzywnicy.
Ile z tego miasteczka natarczywie woła
dni na poły zatartych, ile zgasłych twarzy –
z domu wielkich dramatów i drobnych kramarzy.
Nad mokrym blatem baru trzy mierzone strzały.
Krew tętniczna sycząca jak woda sodowa.
Sączy się Koprzywianka nurtem opieszałym.
Daleko jest od świata uliczka Miodowa.
Lata, jak Koprzywianka, są litanią nudną.
O śmierć tu ludziom łatwo, lecz o szczęście trudno. 
 
Droga biegnie na zachód, w pagórkach się chowa.
Wiatr pamięci kołysze nieskoszone łany,
Wpada między opłotki zgrzebnego Łoniowa.
W przeciwlotniczym rowie był tu pochowany
Zbych Różycki
, mój kompan z Korpusu we Lwowie.
Do dziś mu jestem winien serdeczne posłowie.
Droga w pola piaszczyste wciąż dalej ucieka,
w krzywe strzechy i proste ziemniaków radliny.
Gnie się łukiem na prawo wzdłuż rynku Osieka.
Pamiętam jak tam płonął sekretariat gminy,
jak pomału, boleśnie, na raty umierał
Staśko Szkot,
potrzaskany seriami szmajsera.
Z Osieka na południe pójść można do Turska,
lub na zachód dać nura i w lasach się schować.
Na północ są meliny Bukowej i Zgórska,
na zachodzie, za lasem, ulice Staszowa.
Nazwy-echa, jak czyjeś zapomniane kroki.
Nazwy-echa, biegnące za mną w świat szeroki.
Nie mogę tamtych lasów ominąć bez słowa.
One to były trzonem naszej republiki.
W nich się żywioł tropiony przed nagonką chował,
w nich mieszkały jelenie, partyzant i dziki.
Ile śladów zarosły w nich drzewa i krzaki!
Ile dziejów wczorajszych pokrywają szlaki!
 
(…)
 
Góry, prastare góry, skalne usypiska!
Dotarły do was wreszcie słowa moich wierszy.
W oczy patrzy mi z bliska puszcza Świętokrzyska.
O kraju partyzancki, kraju najwierniejszy!
Pozwól mi serce ogrzać u świętego znicza.
Daj mi usłyszeć echa kroków Langiewicza.
Otocz mnie bohaterów styczniowych cieniami.
Niech strzegą myśli czujne i surowe straże,
gdy mymi kanciastymi, szorstkimi słowami
będę rzeźbił nieledwie zapomniane twarze.
Daj mi zdolność doboru słów na miarę ludzi,
z którymi żyć mi przyszło w dni wojennych trudzie.
 
Nanaimo, B. C., Canada 1968-1969

Przetłumacz Witrynę

Polish English French German Hungarian Latvian Lithuanian Russian Ukrainian

Użytkownik

Biuletyn "ODWET" nr 22-23

Nowości Filmowe

stat4u